22.12.2008
Ostatnie kuszenie wiernego

Joanna Woźniczko-Czeczott, Łukasz Wójcik


– O, nazywasz się Joanna! To tak jak moja córka. Ja mam na imię Jan jak mój ojciec, od świętego Jana. Czy wiesz, że to znaczy „łaska Boga”? – tryska entuzjazmem na dzień dobry doktor John Vaughan, emerytowany pastor prowadzący badania na temat megakościołów.
Doktor Vaughan jest żywą encyklopedią rozwoju megakościołów. Według najbardziej podstawowej definicji to świątynie, które gromadzą co najmniej dwa tysiące wiernych. Bardziej rozbudowanym opisem zajmiemy się za chwilę. Na razie doktor Vaughan zarzuca nas gradem dat i liczb. Czy wiemy, że w 1970 roku w USA było tylko 10 niekatolickich megakościołów, w 2006 zaś aż 2400? Czy zdajemy sobie sprawę, że co dwa–trzy dni na świecie otwiera się protestancki megakościół? Czy wyobrażamy sobie, że doktor Vaughan- jako student jeździł z Kansas aż do innego stanu, Oklahomy, żeby pomodlić się w megakościele, bo w stanie Missouri nie było ani jednego – a teraz w samym Kansas jest ich 14?

Wielebny John może tak długo. Nie dziwimy się – zjawisko, o którym opowiada, zasługuje na uwagę. Bo to właśnie megakościoły są sposobem, dzięki któremu konserwatywnym protestantom udało się przyciągnąć tłumy wiernych. Gigantyczne molochy leżące najczęściej na obrzeżach miast, przy ruchliwych wylotówkach, otoczone rozległymi parkingami – stały się symbolem amerykańskiej religijności ostatnich lat.

Skojarzenie z lokalizacją wielkich supermarketów jest naturalne. Megakościoły serwują produkt tak atrakcyjny, że przyciągają w niedziele nawet po kilkanaście tysięcy osób. A pojawienie się molocha w okolicy wśród lokalnych pastorów potrafi wywołać panikę podobną do tej, którą przejawiają sklepikarze na wieść o przybyciu do miasteczka sklepu sieci Wal‑Mart. Nie bez powodu złośliwi o megaświątyniach mówią „McKościoły”.

Rok temu Christina Littlefield, dziennikarka „Las Vegas Sun”, opisała zamieszanie wywołane sprowadzeniem się do 80‑tysięcznej osady Summerlin pod Las Vegas megakościoła Central Christian Church, który skupia co tydzień 10 tysięcy wiernych. Mieszkańcy byli podekscytowani i podzieleni w opiniach. Pastorzy tak przerażeni, że jeden chciał nawet wysłać zaufanego parafianina na przeszpiegi, żeby wywiedzieć się, jak to też jest w tym „Centralu”. W końcu zrezygnował. Bał się, że zwiadowca nie wróci.
Gdyby jednak go wysłał, dowiedziałby się, że najbardziej rzuca się w oczy forma. Msze w megaświątyniach to nie są zwykłe nabożeństwa. To całe przedstawienia. Gigantyczny show, w który zaangażowani są wszyscy wierni. Wyobraźmy sobie imprezę: na scenie (ołtarzu?) grupa nastolatek w dżinsach i T‑shirtach prezentuje układ choreograficzny. Obok zespół rockowy (schola?) emituje podkład muzyczny z głośnymi bitami. Wokół tłum podryguje i klaszcze, teksty piosenek wyświetlane są na telebimach. Wszystko to skąpane w świetle reflektorów. Msza? Czy może koncert?

To oczywiście tylko otoczka. Najważniejsza jest treść – i najważniejszą postacią w megakościele jest płomienny kaznodzieja, który wie, jak trafić do wiernych. Opium dla ludu rozdaje się tu hurtem. – Podstawą jest bardzo proste przesłanie. W megakościołach nie ma miejsca na poszukujące wątpienie albo rozbudowaną teologię. Przekaz jest jasny: Jezus cię kocha. Chce dla ciebie dobrze. Pozwól mu działać – mówi „Przekrojowi” Stephen Ellington, profesor socjologii religii Uniwersytetu Hamilton i autor książki o megakościołach. – Ten komunikat jest na tyle pozytywny, że zachęca do religii także niewierzących. A megakościoły, choć niejednorodne, w ponad 90 procentach reprezentują konserwatywny protestantyzm – dodaje.
1 2 3 4 5 6 7