|
Ona zrobi ci dziecko
Agnieszka Chądzyńska Nie mają kolek i nie potrzebują niani. Kurier dostarcza je wprost do domu. Aby nie spoglądać z zazdrością na życie rodzinne koleżanek, coraz więcej kobiet kupuje lalki przypominające żywe niemowlęta Więcej zdjęć: Ale starsza pani ma dosyć wrażeń. Za to mąż zafascynowany wyciąga ręce. Za chwilę czule podtrzymuje maleńką główkę, a korpus lalki układa się w jego ramionach miękko jak ciało żywego noworodka. Ze sklepu wychodzą z wizytówką sympatycznej blondynki, która rzuca na odchodne: – Gdybyście chcieli taką lalkę, wiecie, gdzie mnie znaleźć! Tak zaczyna się reportaż brytyjskiego kanału Channel 4 o 30‑letniej Brytyjce, producentce lalek do złudzenia przypominających żywe noworodki. Kiedy cztery lata temu Jaime Eaton, policjantka z Werrington w Staffordshire w zachodniej Anglii, chcąc sprawić oryginalny prezent swojej córce, zapisała się przez Internet na kurs upodabniania zwykłych lalek do żywych noworodków, nie przypuszczała nawet, że niebawem stworzy całą armię sztucznych dzieci. I dobrze na tym zarobi. Córka była zachwycona lalką, więc Jaime zabrała się do robienia następnej. Kolejne zabawki dawała w prezencie znajomym i współpracownikom. Wkrótce zamówień zaczęło przybywać i obliczyła, że produkowanie sztucznych dzieci opłaca się bardziej niż ściganie przestępców. W 2006 roku rzuciła pracę i założyła jednoosobową firmę Babybuntins Nursery. – Moje mieszkanie zaczęło wyglądać jak dom z horroru. Wszędzie walały się maleńkie nóżki i rączki, a w kuchennym piekarniku pełno było dziecięcych głów – opowiadała w jednym z wywiadów. Przerobienie zwykłej lalki tak, aby przypominała żywego człowieka, zajmuje zwykle cztery tygodnie. Jaime zamawia najczęściej wszystkie części ciała „dziecka” w Azji. Po usunięciu z głowy i rąk fabrycznego koloru tak długo nakłada kolejne warstwy farby na plastik, z którego są zrobione, aż zaczyna on do złudzenia przypominać ludzką skórę. Następnie rysuje zmarszczki przy oczach i maleńkie, wykrzywione usta. Podczas kiedy głowa i ręce schną w rozgrzanym do czerwoności kuchennym piekarniku, Jaime wypycha korpus zabawki 2,5 kilograma sylikonu. Dzięki temu lalka waży tyle co noworodek, a jej sztuczne ciało staje się tak miękkie jak prawdziwe. Na koniec Jaime przyprawia jej do głowy włókna moheru, które wyglądają jak włosy malutkiego dziecka, i dla większego efektu dodaje jeszcze małe znamię na jej ciele. Swoje lalki wystawia potem na sprzedaż na e‑Bayu. Przyjmuje też telefoniczne zamówienia. Na życzenie robi lalki na podstawie zdjęć z dzieciństwa, wmontowuje im specjalny mechanizm, dzięki któremu wydaje się, że oddychają, ślinią się albo płaczą. A potem wystawia rachunek, który zwykle waha się między 350 a 1000 euro. Nie pamięta, ile sztucznych dzieci już wyprodukowała, ale mówi, że pracuje jednocześnie nad sześcioma lalkami naraz. Po jej „dzieci” trzeba się już ustawiać w kolejce, bo notes z zamówieniami ma wypełniony na dwa lata naprzód. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2008.10.24 17:34
nie mozna traktowac lalke jak dziecko to glupie i chore.Jest tyle malych dzieci które czeka na milosc - wiatr
2008.07.10 23:20
przecież to dziecko nie urośnie posiadaczka tejże zabawki bo słowa matka nie można tutaj mylić popadnie w rutyne a później w jakąś chorobę psychiczną. No bo jak można kochać zabawkę... - sivy damien20006@wp.pl
2008.06.21 08:22
takie lalki dobre są dla dzieci, ale nie dla osób dorosłych. - Aleks d.aleksandra@op.pl
najnowszePromocja |
|