|
Wirtualny Wielki Mur
Karolina Pasternak, Piotr Stanisławski Chińskie władze kontrolują dostęp do Internetu jednej piątej ludzkości. Ich wielki sukces to przekonanie tej jednej piątej, że nie warto się spod takiej kontroli wyrywać
Gdy pierwsi dziennikarze dotarli do centrum prasowego obsługującego olimpiadę w Pekinie i podłączyli się do Internetu, zapanowała konsternacja. Zachodni korespondenci, nie wiedzieć czemu, uznali, że chińskie prawo ich nie dotyczy i czym prędzej zaczęli sprawdzać internetowe serwisy organizacji jawnie krytykujących władze Państwa Środka. Okazało się, że podobnie jak reszta z 1,3 miliarda ludzi żyjących w granicach Chin nie mają dostępu do tych stron. MKOl głupio stwierdził, że liczył na to, iż ograniczony zostanie tylko dostęp do pornografii i stron bezpośrednio zagrażających bezpieczeństwu narodowemu. Świat przypomniał sobie, że Internet za Wielkim Murem to zupełnie inne medium.
Gdyby prędkość rozprzestrzeniania się Internetu była dyscypliną olimpijską, organizatorzy igrzysk mieliby pierwszy złoty medal na koncie. W 20 lat od podłączenia do sieci Państwo Środka zapracowało na pozycję lidera, jeśli chodzi o liczbę użytkowników Internetu. Największy, bo dwukrotny przyrost nastąpił w ostatnich dwóch latach. W styczniu 2006 roku było ich jeszcze 112 milionów, w kwietniu tego roku już 221 milionów. Internetowa potęga Chin na liczbie użytkowników się nie kończy. Najpopularniejszy blog na świecie? Lao Xu, pisany przez aktorkę i reżyser Xu Jinglei (137 milionów odwiedzających). Największy dystrybutor internetowego wideo? Założone w dwa miesiące po YouTubie (w kwietniu 2005 roku), a dziś prześcigające go o ponad bilion megabajtów danych przesyłanych każdego dnia – Tudou (z mandaryńskiego – „ziemniak”*). To w Chinach także narodziła się największą „lokalna” wyszukiwarka: baidu.com. Jej udziały w rynku wynoszą 52 procent, co oznacza, że jest popularniejsza niż stworzona w języku chińskim wersja Google, Yahoo czy MSN. Tarcza na bajty Jednak odmienność chińskiego Internetu nie wynika ze szczególnej oryginalności mieszkańców Państwa Środka. Jej początki sięgają 1998 roku, gdy ministerstwo bezpieczeństwa publicznego przyjrzało się bliżej nowemu medium i poczuło ciarki na plecach. To był czas, gdy startowało Google, Yahoo stanowiło centrum Internetu, a Microsoft robił wszystko, by Windows jak najlepiej współpracował z Siecią. Dzięki usłudze www rodziły się ciągle nowe źródła niezależnych informacji, a ludzie właśnie uczyli się, że kiedy dzieje się na świecie coś ważnego, lepiej włączyć komputer niż telewizor. Widząc to wszystko, chińskie władze dostrzegły zagrożenie i podjęły ambitną decyzję – kontrolujemy. Program realizujący to zadanie nazwany został Projektem Złota Tarcza. Jak to zwykle w socjalizmie bywa, od decyzji do realizacji upłynęło sporo czasu. Pierwsze funkcjonujące elementy Złotej Tarczy ruszyły dopiero w 2003 roku, a oficjalną akceptację system uzyskał w listopadzie 2006 roku. Na świecie stał się znany jako Great Firewall of China (Wielki Ognisty Mur Chiński). Wbrew pozorom objęcie nadzorem tego, co w Internecie widzi miliard osób, okazało się nie takie trudne. Siła Tarczy bierze się z państwowego monopolu na dostęp do międzynarodowych łączy. W całych Chinach działa dziewięciu licencjonowanych przez państwo dostarczycieli internetowych łączy. Tylko oni mają fizyczny dostęp do światłowodów czy linii satelitarnych wychodzących na świat i to od nich kupują przepustowość mniejsi dostarczyciele obsługujący indywidualnych klientów. Dzięki temu każdy bajt danych wymienianych z zewnętrznym światem przechodzi przez urządzenia sieciowe, nad którymi kontrolę ma specjalnie utworzone ministerstwo przemysłu informacyjnego. W tej sytuacji łatwo jest wprowadzić podstawowe ograniczenia polegające na blokowaniu określonych adresów sieciowych (na przykład stron Amnesty International, Human Rights Watch, Reporterów bez Granic czy chińskiej wersji serwisu BBC), „odcinaniu” określonych słów kluczowych i haseł (na przykład Falun Gong, ale też tsunami i „rozwój Komunistycznej Partii Chin”) czy śledzeniu treści wysyłanych w mejlach. ![]() Google.cn Drugi filar to zrobienie porządku z zagranicznymi firmami, które mogłyby próbować obchodzić Złotą Tarczę. Giganci, tacy jak Google czy Yahoo, nie mogą sobie pozwolić na lekceważenie rynku obejmującego jedną szóstą ludzkości, więc mniej lub bardziej jawnie przystają na warunki dyktowane przez chińskie władze. Przychodzi im to tym łatwiej, że ograniczenia nie uderzają w ich interesy – w końcu jakim problemem jest sprawienie, by na hasło „Tianenmen” w chińskiej wersji wyszukiwarki Google na pierwszych miejscach zamiast kolumny czołgów zatrzymanej przez człowieka pokazały się sielskie widoczki czystych budynków obwieszonych komunistycznymi symbolami? Oczywiście z wewnątrz Chin niedostępna jest inna niż jedynie słuszna wersja wyszukiwarki. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2008.08.12 11:56
Ehm, chyba "coUch potato", drodzy państwo... - Gostek Przelotem
najnowszePromocja |
|