|
Wirtualny Wielki Mur
Karolina Pasternak, Piotr Stanisławski Ale niepokorne myśli rodzą się nie tylko na zgniłym Zachodzie. Wraz z biznesowym otwarciem na świat nieuniknione jest pojawianie się wewnątrz państwa idei kwalifikujących się do objęcia kontrolą. Jednak z technicznego punktu widzenia to znacznie trudniejsze – Chiny oplata gęsta sieć wewnętrznych łączy i nie ma punktów, w których łatwo byłoby postawić elektronicznego stróża filtrującego informacje. Sięgnięto więc po inne, sprawdzone sposoby – autocenzurę i strach przed narobieniem sobie kłopotów. W końcu każdą, poprawną czy nie, treść trzeba gdzieś umieścić. Dlatego narzędziem kontroli są tu koncesje wydawane firmom udostępniającym na swoich serwerach miejsce na strony www czy serwisy do prowadzenia blogów. Każda z nich odpowiedzialna jest za to, by znajdujące się u niej treści były „czyste”. Jeśli czegoś nie dopilnuje, musi liczyć się z utratą licencji i wypadnięciem z branży. Dziury w murze Jednak, jak to zwykle w socjalizmie bywa, nic nie działa tak, jak powinno. Każdy z „wielkiej dziewiątki” dostarczycieli łączy ma pod swoją kontrolą tysiące routerów – maszyn kontrolujących przepływ informacji. By system był spójny, każde z tych urządzeń powinno mieć tak samo zdefiniowane filtry niepożądanych stron i ten sam zestaw słów kluczowych. Bałagan sprawia, że wiele routerów ma stare zestawy danych i wiele zwłaszcza nowszych stron przemyka przez dziury w murze. Szwankuje też wewnętrzna autocenzura w firmach przechowujących treści. Problem w tym, że nikt im nigdy wyraźnie nie powiedział, co właściwie powinni usuwać. Dlatego wielką popularnością wśród właścicieli tych firm cieszą się wykradzione z rządowych systemów listy słów-kluczy, które skwapliwie wprowadzają do własnych komputerów. Często wykazują się przy tym nadgorliwością, dołączając własne hasła mogące wzbudzić niezadowolenie władz. Istnieją też liczne programy pozwalające mniej lub bardziej skutecznie omijać obostrzenia i widzieć „prawdziwy” Internet. Jednak pojawiły się one stosunkowo niedawno, na tyle późno, że rząd osiągnął już zamierzony efekt – nauczył przeciętnego internautę, że lepiej odpuścić sobie wyszukiwanie jakichś dziwacznych i podejrzanych haseł i skupić się na tym, co legalne i powszechnie dostępne. Ludzie są tym mniej chętni do wychylania się, że nie istnieje skuteczny sposób na zwiększenie bezpieczeństwa danych osobowych użytkowników chińskiej sieci. W dalszym ciągu zakładając konto e-mail czy to na chińskim Yahoo, czy na Baidu, nie możesz mieć pewności, że informacje o tobie będą chronione. Możesz mieć za to pewność, że gdy nadepniesz na odcisk chińskiej władzy, trafią prosto w ręce jej służb. Przekonali się o tym chińscy dziennikarze Shi Tao i Wang Xiaoninga. Gdy wytoczyli Yahoo proces, szef serwisu Jerry Yang bronił się średnio przytomnymi tłumaczeniami, że jakoby przekazując władzom dane osobowe tej dwójki, nie podejrzewał, że chodzi o prześladowanie opozycji. Tao i Xiaoning uniknęli więzienia, opozycyjny działacz Li Zhie, którego korespondencję Yahoo także bez skrupułów przekazało milicji, miał mniej szczęścia. Odsiedział już pięć lat, czekają go jeszcze trzy. Miecz obosieczny Władza ma dostęp do informacji, do których nie mają wglądu przeciętni śmiertelnicy, a przeciętni śmiertelnicy do takich, do których nie ma dostępu władza. Mowa o blogach, których pod koniec 2007 roku było zarejestrowanych w Chinach już ponad siedem i pół miliona – dużo za dużo, by móc je wszystkie skutecznie kontrolować. Jedne zupełnie niepozorne, inne powstają właśnie po to, by narobić zamieszania. Podczas przetaczającej się zimą tego roku przez południe Chin najsilniejszej od stuleci burzy śnieżnej widz chińskiej telewizji i internauta zarazem miał pełne prawo nabawić się schizofrenii. Podczas gdy oficjalne media donosiły o dzielnych służbach niosących pomoc ofiarom i optymistycznych (tyle że wyssanych z palca) prognozach pogody, blogerzy opisywali klęskę żywiołową, której władze nie były w stanie opanować. – Swoboda wyrażania się coraz bardziej się rozluźnia, tolerancja staje się coraz większa – komentuje Gary Wang, założyciel serwisu Tudou. – To nie druga rewolucja kulturalna, jak prorokowali niektórzy, gdy Chiny włączały się do sieci, ale z pewnością Internet pociągnął za sobą wielkie ewolucyjne zmiany, których jesteśmy i w dalszym ciągu będziemy świadkami – dodaje Jeremy Goldkorn, założyciel bloga o mediach Darwei.org. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2008.08.12 11:56
Ehm, chyba "coUch potato", drodzy państwo... - Gostek Przelotem
najnowszePromocja |
|