|
Made in China
Ola Salwa Moda w Chinach to mundurek przewodniczącego Mao, czerwony jedwab ze wzorem w smoki oraz tłumy odziane w podróbki Chanel? Nic bardziej mylnego Więcej zdjęć: Zresztą większość kolekcji zaprojektowanej z metką Wuyong (czyli zbyteczne), bo tak nazywa się europejska marka Ma Ke, odbiega od stereotypów. Stroje są wykonane z surowych materiałów o zgaszonych kolorach i dziwnych, często deformujących sylwetkę kształtach. To taka przekorna wizja niepotrzebnej sztuki dla sztuki. Co ciekawe, Ma Ke wylansowała w Chinach popularną markę prêt-‑à-porter Exception de Mixmind i ubiera – już w mniej awangardowe ubrania – tłumy rodaczek. Dzisiejsze Chiny to nie tylko światowe zagłębie tekstylnych fałszywek i dynamicznie rozwijający się rynek dóbr luksusowych. To także ojczyzna nowoczesnych projektantów, których nazwiska, choć trudne do wymówienia, już od kilku lat pojawiają się na zachodnich pokazach mody (głównie podczas tak zwanych Fashion Weeks) oraz nie schodzą z ust dziennikarzy. Chińscy kreatorzy wzbudzają zainteresowanie, bo w swoich kolekcjach łączą światowe trendy, nowatorskie pomysły z klasycznymi chińskimi motywami: mogą to być tkaniny, nadruki, symbole, kroje, a nawet kolory materiałów. Londyn i Mediolan zdobyte Zupełnie inne, bardziej klasyczne haute couture uprawia pochodzący z Shanghaju, a pracujący w Londynie Wang Wei. Podobnie jak Ma Ke cieszy się on w swoim kraju popularnością. Regularnie piszą o nim lokalne magazyny mody, a duży artykuł poświęcony jego projektom pojawił się w pierwszym numerze chińskiego „Vogue’a” (we wrześniu 2005). Wei jest przykładem projektanta, który z wyczuciem łączy wschodnie i zachodnie motywy. W jego poprzedniej kolekcji pojawiły się stroje zainspirowane stylem baby-doll, uszyte z delikatnych orientalnych tkanin, niektóre kreacje zaś były wykończone tradycyjnymi chińskimi haftami. Jego pomysły tak się spodobały między innymi Vivianne Westwood, że Wei jako pierwszy Chińczyk dostał zaproszenie do wzięcia udziału w Tygodniu Mody w Londynie. Z kolei debiutantem w Mediolanie, innej europejskiej stolicy mody, był Ji Wenbo pracujący w znanej chińskiej firmie odzieżowej Li Lang. Ubrania, które pokazał we Włoszech, to przykład nieco ryzykownego, lecz świeżego podejścia do tradycji: Ji uszył marynarki przypominające mundury żołnierzy z terakotowej armii i dodał do nich paski oraz kieszenie w zachodnim stylu. Obecny na pokazie włoski gwiazdor zarezerwował od razu jeden z modeli autorstwa Ji, aby iść w nim na przyjęcie organizowane przez... Giorgio Armaniego. – To dowód na to, że włoski świat mody zaakceptował jego projekty – entuzjazmowała się chińska dziennikarka. Chiński Galliano W rozpoczęciu kariery na Zachodzie młodym Chińczykom może pomóc udział w międzynarodowych konkursach. Na początku lipca Qui Hao odebrał w Nowym Jorku nagrodę Woollmark Prize dla młodych projektantów, pokonując amerykańskich, japońskich i brytyjskich kolegów po igle. Wygraną – czek na sto tysięcy euro – przeznaczy na otwarcie pierwszego butiku w Paryżu. Inspiracji do stworzenia zwycięskiej kolekcji dostarczyły mu fotografie rodaka Wang Ganga, który zasłynął między innymi serią zdjęć chińskich wieśniaków. Dla Lu Kuna nieustającym źródłem natchnienia jest z kolei jego miasto Szanghaj, a szczególnie lata 30. ubiegłego wieku. Specjalnością projektanta ochrzczonego przez zachodnią prasę „chińskim Galliano” są mocno wycięte i/lub obcisłe stroje wieczorowe, wśród nich długie suknie o linii syreny, wydekoltowane czerwone i krótkie halki, a także kuse sukienki nawiązujące stylem do tradycyjnego stroju qipao. Lu Kun w rozmowie z „Przekrojem” przyznaje, że mimo wysokiego poziomu szkół projektowania nie łatwo zostać projektantem mody w Chinach. – Przeszkodą jest niedojrzałość chińskich klientów. Brakuje im wyczucia stylu, nie odróżniają dobrej mody od złej, wielu z nich kupuje ubrania międzynarodowych marek, bo myśli, że są one lepsze niż te lokalne. Inna sprawa, że dziennikarze piszący w Chinach o modzie nie mają obycia i często promują tandetę – żali się. Przyznaje też, że czasem zachodni komentatorzy uważają jego rzeczy za „za mało chińskie”, bo oczekują tradycyjnych krojów lub ubrań z nadrukiem w smoki. Ubrania Lu Kuna kupują na razie głównie szanghajki, które słyną w kraju z zamiłowania do mody. Czerwoną sukienkę mini założyła też swego czasu Paris Hilton. Na razie 26-letni Kun nie marzy o podboju Zachodu. – Mam szczęście, bo dziś projektant może odnieść sukces, nawet jeśli nie pracuje w stolicy mody – cieszy się. Wtóruje mu Xander Zhou, który uczył się fachu w Holandii, a ostatnio zachwycił kolekcją ubrań uszytych z tradycyjnie barwionego jedwabiu. To ukłon w stronę chińskiej tradycji. Podkreśla jednak, że jego zdaniem „projektowanie nie ma narodowości”. – Moja kultura i dziedzictwo są ważne, ale Chiny mają do zaoferowania więcej, niż wszyscy sądzicie. O tym akurat nie musi nas przekonywać. Ola Salwa „Przekrój”, nr 32-33/2008 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2008.08.15 18:15
Autorka chyba nie byla nigdy w Chinach. Praktycznie w kazdym wiekszym miescie jest kilkanascie wielkich sklepow od jacobsa po comme des garcons, ceny porownywalne z hilfligerem w galerii mokotow.... - sarach info@korbis.com
najnowsze |
|