|
Klęska uczy zwycięstwa
Olga Woźniak Obawiamy się jej. Myślimy o niej jak o przeciwieństwie sukcesu. Niesłusznie. Nasze sukcesy w ogromnym stopniu zależą od tego, jak odbieramy porażki
Kiedy planowaliśmy ten tekst na kolegium redakcyjnym, nikt nie miał wątpliwości – tak jak piłkarskie Euro, tak samo olimpiada będzie kolejną narodową klęską. Na szczęście dla obywatelskich nastrojów kilka dni później nasi olimpijczycy zaczęli zdobywać medale. Więc co z tekstem? Mimo wszystko postanowiłam go napisać. Przed nami jeszcze wiele zawodów sportowych, konkursów, festiwali. Dlatego opowiem wam o porażce. Za chwilę znów na pewno będzie jak znalazł.
Mózg reżyser Wszyscy ludzie sukcesu prawdopodobnie byli najpierw ludźmi porażki. Właśnie dlatego odnieśli sukces, że nie dali się zniszczyć niepowodzeniom. Dzięki trudnościom i porażkom udało im się zmobilizować i rozwijać. Bo właśnie umiejętność właściwego przeżycia klęski decyduje o tym, że jednym wszystko się udaje, innym idzie jak po grudzie, a jeszcze kolejni wolą nawet nie próbować. Pocieszające jest to, że właściwego podejścia do porażki można się nauczyć. Najlepiej w dzieciństwie, ale nie oznacza to, że dorośli są zupełnie skreśleni. Badaniem technik radzenia sobie z życiowymi potknięciami zajął się amerykański psycholog Martin Seligman z University of Pennsylvania. Sprawdzał, jak styl wyjaśniania porażek wpływa na aktywność i bierność, wytrwałość w wysiłkach i łatwą rezygnację, skłonność do podejmowania ryzyka i asekuranctwo. Odkrył, że pomysłem najgorszym z możliwych jest szukanie winy w samym sobie. „Nic nigdy nie robię dobrze”. „To zawsze mi nie wychodzi”. „Jestem taki niezdolny”. Kto tak uważa – ręka do góry. Ostrzegam – takie myślenie to pierwszy krok do depresji. Znacznie zdrowiej jest poszukać zewnętrznego usprawiedliwienia. Nie będzie to zresztą takie trudne. Mózg ci pomoże – każdy z nas ma bowiem w głowie własnego reżysera. To prawdziwy mistrz manipulacji, ulegasz mu częściej, niż zdajesz sobie z tego sprawę. I całe szczęście. On z docierających do nas wrażeń montuje film, emocjonalny, ale niezbyt wiernie odzwierciedlający rzeczywistość. Zmienia rangę niektórych wydarzeń, wmontowuje sceny, których naprawdę nie było, i wycina fragmenty niepasujące do całości. Wszystko po to, by chronić nasze ego i dobre samopoczucie. Żebyśmy nie stracili dobrego mniemania o samych sobie. Dlatego jeśli osiągamy sukces, najczęściej tłumaczymy sobie, że wynika to z naszych umiejętności i talentów. Za porażkę zaś winimy los, innych ludzi albo niesprzyjającą sytuację. Chyba że sukces dotyczy innych. Wtedy wiadomo – po prostu mieli farta. No bo przecież nie są wcale tacy zdolni. Naukowo nazywa się to podstawowym błędem atrybucji. Choć brzmi okropnie, chodzi po prostu o to, że nasz mózg robi wszystko, byśmy po byle czym nie złapali doła. Cudze nieszczęście A co pociesza nas najbardziej? Oczywiście cudze nieszczęście! Dlatego takim powodzeniem cieszą się rozmaite grupy wsparcia. „Innym też się to zdarza” – myślimy i od razu nam lepiej. Po oblanym egzaminie idziemy na piwo z tymi, którzy też oblali. Nie ma ryzyka, że w takiej grupie poczujemy się gorsi. A kiedy ktoś z naszej grupy nieudaczników odniesie jakiś sukces – w trosce o własne samopoczucie natychmiast go wykluczamy. Zamiast się cieszyć, że mu się udało, czujemy zawiść. I – wbrew pozorom – nie jest to cecha tylko polska. Ten efekt w latach 80. badał psycholog Abraham Tesser z University of Georgia. – Gdy zagraża nam obniżenie własnej wartości, potrafimy zaatakować nawet własnych przyjaciół – wyjaśnia badacz „Przekrojowi”. – Nie dopuszczamy myśli, że inni mogą nas przewyższać talentem czy uzdolnieniami. Ich sukces przypisujemy układom, znajomościom, łapówkom. To skuteczna droga na skróty – o wiele prościej jest tak oceniać ludzi, którym się powodzi, niż samemu wziąć się do roboty. To sposób myślenia zwłaszcza tych, których lęk przed porażką paraliżuje tak, że nie są w stanie podjąć żadnego sensownego działania. Lepiej nie robić nic, niż narazić się na rozczarowanie i frustrację. Tacy ludzie często sabotują własne szanse na sukces – wzbraniają się przed awansem, stresem, odpowiedzialnością. Siadają, żeby się nie przewrócić. Trafnie podsumował to Don E. Hamachek, autor popularnej w USA serii poradników psychologicznych: „Sukces ustala standard, który trzeba utrzymywać całe życie, skalę osiągnięć, którym trzeba sprostać. Może się to wydawać przerażające dla osób, które poważnie wątpią w swoją zdolność utrzymywania aktywności na wysokim poziomie”. Czy to wyjaśnia naszą porażkę na tegorocznym Euro? Być może tego właśnie przestraszyli się nasi piłkarze. Być może właśnie dlatego płotkarz Liu Xiang, jeden z najpopularniejszych chińskich sportowców, podczas olimpiady tuż przed startem wycofał się z eliminacji biegu na 110 metrów przez płotki. – Ból był nie do zniesienia – tłumaczył nazajutrz po porażce chińskim mediom, zwalając swoją decyzję na kontuzję ścięgna Achillesa. Komentatorzy są innego zdania. – Chyba załamał się pod presją. Kontuzja to wymówka – pojawiają się głosy. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2008.08.29 09:19
Ja obstawiam Lee Perry'ego - The Upsetter (1969) w wieku 33 lat dla przykładu taki debiut. A jak się zachowuje po 70tce wszyscy wiedzą. - Ejdżing
2008.08.28 18:07
Bardzo zainteresowal mnie punkt widzenia zawarty w tym artykule. Szczegolnie ciekawe jest to ze naturalnym jest dla czlowieka przymrozanie oczu na niektore swoje niepowodzenia. Biorac sobie do... - Anna.tu.I.Teraz nap.anna1989@gmail.com
najnowszePromocja |
|