27.06.2008
Trzecia połowa: Tutaj znajduje się koniec piłki

Rafał Kostrzyński

Synoptycy nie mają wątpliwości: to nie przypadek, że w Austrii i Szwajcarii niebo tak często szlochało nad futbolowymi zmaganiami. Wszystko na Euro 2008 było nie tak. Tak bardzo nie tak, że nie pozostało niebu nic innego, jak tylko odpłakać w spazmach koniec europejskiej piłki nożnej. Dlatego niektóre spotkania bardziej przypominały regaty niż futbol.

Zawiedli piłkarze. Grali na takim niskim poziomie, że do finału udało się dojść tylko dwu drużynom i wszystko wskazuje na to, że tylko jedna z nich okaże się zwycięska. Ci, którzy mieli być w formie, byli w letargu. Ci, którzy mieli grać, doznawali kontuzji, zapewniając dramat sobie, kolegom, rodzinom i kibicom. I wcale nie chodzi tylko o to, że Żurawski grał jak żuraw, a Smolarek ugrzązł w smole. Mam na myśli gwiazdorów. Makelele grał jak makrele, Toni znikł w toni i tak dalej. Sami państwo rozumiecie, że nie mogę dłużej ciągnąć tych skojarzeń, bo przecież występowali na tej imprezie także tacy piłkarze jak Nasri.
Zawiedli eksperci - i to na całej linii. Takiego wysypu eksperckich katastrof jeszcze w historii futbolu nie było. Nawet specjaliści od gier losowych nie potrafią wyjaśnić, dlaczego wszyscy mylili się zawsze we wszystkim. Ekspertom udało się rozśmieszyć do rozpuku teorię prawdopodobieństwa. Rozpuknięta już do niczego się nie nadaje i trzeba będzie poszukać nowej. Bo z grup wyszły wyłącznie zespoły, które rozczarowały poziomem, bezbarwną grą i brakiem zaangażowania. Wyjątkiem były tylko Hiszpania i Chorwacja - ale Hiszpania wyszła po części wbrew proroctwom i wbrew proroctwom brnęła dalej. Znawcy byli więcej niż pewni, że podopieczni Luisa Aragonésa w końcu zagrają jak nigdy, a przegrają jak zawsze. Na razie grają jak zawsze, a wygrywają jak nigdy. A Chorwacja? Wszyscy wiemy, gdzie dziś jest Chorwacja. Tam gdzie Czesi, którzy mieli być czarnym koniem (no, koń by się uśmiał). Tam gdzie Włochy (mozolnie wydepilowane tępym szpadlem przez Hiszpanów). Tam gdzie Portugalia (rozświrgolony skowronek poezji futbolu został trafiony niemiecką betoniarką). Tam gdzie Rosja (Syberia po raz drugi musiała uznać druzgocącą wyższość Iberii). Tam, gdzie Turcja (mistrzowie suspensu rozumianego po hitchcockowsku i po sędziowsku), którzy mieli nieźle na tym Euro namieszać, zmieszali się w wyżej wymienionej niemieckiej betoniarce. I wreszcie tam, gdzie Francja (która, podobnie jak biało-czerwoni, odwróciła naturalny porządek rzeczy i uznała, że najlepszym atakiem będzie obrona). Eksperci wyginali swoje ciało śmiało w aktach ekwilibrystyki godnych kobiety precla, żeby wyszło na to, że nawet jak się mylą, to i tak mają rację. Wyglądało to mnie więcej tak:

Ale piłkarska rzeczywistość manipulowała nimi tak, że nawet jak mieli rację, to i tak się mylili. Mylić się jest oczywiście rzeczą ludzką. Ale żeby brać za to grubą ekspercką kasę? To już jest nieludzkie.
Zawiodła także geografia. Jest taki kraj, który do dziś nie podpisał traktatu pokojowego z Japonią i gdzieś na krańcach Dalekiego Wschodu toczy z nią spór graniczny o Kuryle. Jest też taki, który na pograniczu Azji Mniejszej i Bliskiego Wschodu ma problem z irackimi Kurdami. Niewiele brakowało, a reprezentacje obu tych krajów biłyby się w finale piłkarskich mistrzostw Europy. Przez chwilę pachniało Europą Tuhajbejowiczem. Czyli drugą niesprawiedliwością dziejową po odpadnięciu Polski.
Na szczęście prawdziwa, ta salonowa, Europa okazała się lepsza od tej przedsionkowej. W finale zmierzą się Niemcy z Hiszpanami. Chcecie wiedzieć, kto wyjdzie zwycięsko z tej batalii? Odpowiem jak ekspert: w sporcie, w którym za piłką ugania się 22 piłkarzy, a wygrywają zawsze Niemcy, przeciwnikiem zespołu, który zawsze wygrywa w sporcie, w którym za piłką ugania się 22 facetów, będzie zespół, który zawsze gra jak nigdy i czasem przegrywa jak zawsze. Ale ponieważ czasem zdarzają się czerwone kartki, a jednocześnie kibice na trybunach często są dodatkowym zawodnikiem, to facetów może być więcej niż 22 albo mniej. Wtedy wynik jest sprawą otwartą, będzie się liczyć przede wszystkim odporność na presję, a jeżeli skończy się na rzutach karnych, no to to jest loteria.

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Edipresse Polska S.A. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

- nie lubie samej siebie - napisala persymona - dlaczego? - wlasnie stanelam na wprost lustra i dowiedzialam sie z odbitego w nim grymasu mojej twarzy, ze swiat nie podoba mi sie ani taki, ani...

- abstrakcja
2008.06.29 06:02

Bardzo mi sie spodobal taki sposob oceny.Duza wyobraznia !

2008.06.27 17:26

Liczyłam na cos zabawnego, lekkiego i humorystycznego. A tymczasem dostałam pomieszanie z poplątaniem! A teoria o tym, kto wygra, nie trzyma sie niczego. Nawet kupy! Pozdrawiam autora.

Wszystkie