Bartosz Żurawiecki („Film”)
Czy filmy Alejandra Jodorowsky’ego okażą się w Polsce bombą z opóźnionym zapłonem?
Mija 40 lat od czasów, gdy meksykańscy widzowie chcieli kamienować autora obrazoburczego „Kreta”, a nowojorska bohema oglądała ten film na nocnych seansach w zachwycie i na haju. Do nas przez dekady nie docierały nawet echa legendy Jodorowsky’ego. Jego twórczość była zbyt dziwaczna jak na nobliwe gusta polskich filmoznawców zapatrzonych w Bergmana i zbyt obsceniczna, by przebić się przez purytańską cenzurą (przypominam, że ze względów obyczajowych nie trafiły w PRL-u do dystrybucji tak głośne dzieła, jak między innymi „Ostatnie tango w Paryżu” Bertolucciego czy „Dekameron” Pasoliniego). Mogę się założyć, że te parę dziesięcioleci temu filmy Jodorowsky’ego nie spodobałyby się w Polsce nikomu: ani władzy, ani krytykom, ani widzom… A już zwłaszcza nie spodobałyby się Kościołowi za atak na fundamenty judeochrześcijańskiej cywilizacji i wywrotowe użycie symboliki religijnej mieszającej się na ekranie z elementami alchemii, szamanizmu, surrealizmu i pornografii.
Dzisiaj, gdy dwa najsłynniejsze filmy Jodorowsky’ego – „Kret” (1970) i „Święta góra” (1973) – w starannie odnowionych kopiach pojawiły się wreszcie w polskich kinach, przed gwałtownymi reakcjami chroni je z pewnością dystans czasowy. Cóż, po latach najbardziej nawet skandalizujące dzieła stają się szacowną klasyką. Ale twórczość urodzonego w Chile reżysera, poety, autora komiksów, dramaturga etc. wciąż może być impulsem do rewolucji wyobraźni, do wyzwolenia z artystycznych i myślowych schematów. A chyba takiej właśnie rewolucji najbardziej nam tu i teraz potrzeba.
Bartosz Żurawiecki („Film”)