++ „Orzeł kontra rekin”, reż. Taika Cohen, Nowa Zelandia 2007, 93’, premiera 27 czerwca
„Orzeł i rekin” to dość ryzykowny rodzaj kina pozornie głębokiego. Ponieważ nie posługuje się żadnym ze znanych z komedii romantycznych chwytów, ktoś powie, że w niebanalny sposób opowiada o uzdrowicielskiej sile miłości. Ba, na bohaterów młody Nowozelandczyk Taika Cohen wybiera sobie nie pięknych 20-letnich, ale dziwacznych, by nie powiedzieć ułomnych 30-letnich. I byłby to z pewnością atut (w końcu kino, a za nim i widzowie, kochają dziwolągów), gdyby dało się z nimi jakkolwiek sympatyzować (jak z tymi z czeskich „Samotnych” albo amerykańskiego „Dróżnika”).
Tymczasem nie wiem jak was, ale mnie grono dorosłych urządzających (na trzeźwo) imprezę, której główną atrakcją jest przebranie się za ulubione zwierzę (stąd tytuł) i namiętne granie w „Mortal Combat”, zwyczajnie przeraża. Przeraża także 30-letnia kobieta w barze szybkiej obsługi nie tyle pracująca, ile dająca się poniżać klientom, współpracownikom i szefowi, oraz 30-letni mężczyzna (w dodatku ojciec!) za jedyną życiową ambicję stawiający sobie skopanie tyłka koleżce, który podśmiewał się z niego w podstawówce. (Z)groza nie komedia.