Strona główna > Kultura > Film > To miasto kręci
27.06.2008
To miasto kręci

Ola Salwa


„Manhattan pojawiający się w moich filmach to nie ten, który widzę na co dzień, ale ten, który pokochałem, dorastając, i który znam z hollywoodzkich filmów” – powiedział gazecie „The New York Observer”. Allen wyznał także, że po prostu woli eskapizm, a wyobrażenie Nowego Jorku jest znacznie ciekawsze niż rzeczywistość.
Z tym pewnie zgodziliby się dwaj inni twórcy związani z tym miastem, czyli Martin Scorsese i Sidney Lumet, którzy pokazywali głównie mroczne oblicze Nowego Jorku. Obaj wspominają w wywiadach, że taki właśnie obraz miasta wynieśli z dzieciństwa. – Gdy byłem mały, nie śmiałem zbliżać się do przecznicy zamieszkanej przez Irlandczyków lub Włochów, a oni nie chodzili „żydowskimi” ulicami – wspomina Lumet, który sportretował choćby w „Pieskim popołudniu” czy w nowszym „Before the Devil Knows You’re Dead” miasto jako pułapkę i siedlisko zła. Z kolei Scorsese odniósł wielki sukces, pokazując speluny Małej Italii w „Ulicach nędzy”, szumowiny w „Taksówkarzu” oraz zakrwawione fundamenty miasta w „Gangach Nowego Jorku”.
Jeszcze inny jest Nowy Jork Jarmuscha, Paula Austera, Johna Cassavetesa, Hala Hartleya... Najtrudniej znaleźć jego realistyczny obraz. Ten pojawia się czasem u twórców niezależnych, kręcących swoje skromne filmy w mniej wyjściowych dzielnicach. Wówczas jednak miasto jest anonimowym, urbanistycznym tłem, a nie równoprawnym bohaterem filmu.
Kino niezależne ma za to inne zasługi dla miasta: to ono tchnęło życie w Nowy Jork, a szczególnie w Dolny Manhattan, który po atakach terrorystycznych z 11 września przypominał bardziej miasto duchów. Mainstreamowi- twórcy przez polityczną poprawność wymazywali ze swoich filmów widok dwóch wież WTC. Tymczasem niezależni gromadzili się kilka przecznic od Ground Zero na Tribeca Film Festival. Imprezę pierwszy raz zorganizowali w 2002 roku Robert De Niro i producentka Jane Rosenthal. De Niro został zresztą jedną z gwiazd kampanii nakręconej jesienią zeszłego roku przez burmistrza Michaela Bloomberga „Just Ask The Locals” („Zapytaj miejscowych”), która ma przyciągnąć turystów do Nowego Jorku. Nie jest to może najszczęśliwszy pomysł, bo przecież najsłynniejsze nowojorskie filmy aktora są pełne przemocy. Nie mówiąc o tym, że istnieje ryzyko, iż zapytany o cokolwiek De Niro może odpowiedzieć słynną kwestią z „Taksówkarza”: – „Do mnie mówisz?!”. Za to festiwal aktora skutecznie przyciągnął do miasta twórców, gwiazdy i przede wszystkim kinomaniaków. W 2008 roku mogli oni obejrzeć 120 filmów pełno‑ i 40 krótkometrażowych.
Dziś Nowy Jork jest drugim po Hollywood miejscem pod względem liczby produkowanych filmów. Miasto dzięki temu ma pełnometrażowe reklamy, a artyści lubią tu pracować, ponieważ cieszą się większą wolnością. – W Nowym Jorku pracuje się tak jak w Europie – mówi nam Abel Ferrara, którego słynny „Zły porucznik” powstawał w Bronksie, miejscu urodzenia reżysera.
Z kolei w Queens rozrasta się studio filmowe Kaufman Astoria Studio*, a miasto obniża podatek ekipom filmowym, jeśli kręcą przynajmniej 75 procent zdjęć na terenie Nowego Jorku. Miejskie biuro oferuje też wsparcie logistyczne, jak choćby pomoc policjantów i strażaków (ze specjalnej filmowo‑telewizyjnej jednostki), na wypadek gdyby filmowcy chcieli zatrzymać ruch lub użyć na planie broni palnej. W mieście powstają setki filmów rocznie, a w 2007 roku, jak podaje Mayor’s Office of Film, Theatre&Broadcasting, w sumie ekipy filmowe przepracowały w Nowym Jorku ponad 28 tysięcy dni zdjęciowych.
Klimat filmowych miejsc trudno jednak uchwycić w ciągle zmieniającym się mieście. – Kobiety przyjeżdżają do Nowego Jorku w poszukiwaniu dwóch M: metek i miłości – tym zdaniem zaczyna się filmowy „Seks w wielkim mieście”. Słowa Bradshaw komentują przy okazji wpływ, jaki serial miał na miasto i młode kobiety, które „szukają Mr. Biga [ukochanego Carrie – przyp. red.] lub przynajmniej doskonałego drinka, ale nie odnajdują raju, który zamieszkiwała Carrie, bo ten zniszczyły pieniądze i technologia” – pisze dziennikarka „The New York Times”. Od początków emisji superpopularnego serialu podrożały nie tylko buty Blahnika, ale także czynsze na Manhattanie i taryfy w taksówkach. Zamiast więc gonić za złudzeniem po Piątej Alei lub alejkach Central Parku, wybierzcie się do kina. Tu najłatwiej poczuć magię Manhattanu albo Chinatown. Bo Nowy Jork w kinie jest jakby... prawdziwszy.

Ola Salwa
"Przekrój" 26/2008
1 2

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Edipresse Polska S.A. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

2008.06.28 13:21

Nad Hudson river nie zobaczymy mostu brooklyńskiego, zrobimy to nad brzegami East river. Co do panteonu reżyserów nowojorskich rzuca się brak wzmianki o Spiku Lee.

Wszystkie