++++ „Kung-fu panda”, reż. Mark Osborne, John Stevenson, USA 2008, 92’, UIP, premiera 4 lipca
Miły, uroczy i przytulny – taki jest animowany miś Po, bohater „Kung-fu pandy”. Zupełnie nie przypomina swojego ponurego kolegi ze stajni Dreamworks, czyli Shreka. Okrąglutki łasuch Po mieszka w starożytnych Chinach i jest sprzedawcą klusek, ale marzy o tym, by zostać mistrzem kung‑fu. Dostaje na to szansę, gdy stary mistrz typuje go na Smoczego Wojownika, który ma walczyć ze złem. Niezdarna panda zaczyna trening.
Po przypomina trochę zażywnego słonika Dumbo, który dopiero gdy uwierzył w siebie, zaczął latać bez niczyjej pomocy. O to zresztą chodzi w całej historyjce – o walkę, nie na pięści i kopy, lecz tę, jaką miś toczy ze swoimi kompleksami i ze światem, który napisał mu rolę niezdarnego sprzedawcy jedzenia. Banalne? Oczywiście, ale nikt tu też nie udaje, że odkrywa Amerykę. Bajka jest wdzięczna i krzepiąca, nie ma w niej przemocy, za to pełno humoru i optymizmu. Myślę, że kung-fu stosowane przez pandę Po zwalczy zły nastrój nawet u największych ponuraków lub... zawodników, którzy słabo wypadną podczas Igrzysk Olimpijskich w Pekinie.