|
Zawsze będziemy mieć Paryż
Karolina Paternak Bracia Lumiere, kinematograf i Paryż. W takim składzie rodziło się kino. Od pierwszego publicznego pokazu nakręconego w Lionie „Wyjścia robotników z fabryki" w paryskiej Grand Cafe minęły sto trzy lata. Bracia Lumiere obrócili się w proch, kinematograf zastąpiły kamery cyfrowe. I tylko Paryż trzyma się mocno Od 1988 roku istnieje nawet turystyczna opcja dla leniwych. Kinomani mają cały filmowy Paryż, miniony i współczesny, w jednym miejscu: w unikatowej wideotece poświęconej w całości filmom o tym tylko mieście, założonej z inicjatywy Jacquesa Chiraca , ówczesnego mera stolicy. Klasyki z fabryki „Forum des Images” (Porte Saint-Eustache, stacja metra: Chatelet) - bo tak nazywa się wideoteka - liczy dziś ponad pięćdziesiąt tysięcy filmów i, jak podają gospodarze, co roku przybywa mu średnio sto godzin nagrań. - Dla Paryżan to poruszające móc zobaczyć, jak wyglądało ich miasto w przeszłości, jak się ubierali i zachowywali, nawet z jakim akcentem mówili ludzie - tłumaczył z dumą powstanie nietypowego zbioru Chirac. Do „Forum des Images” trafiają także filmy kręcone poza miastem. - Jeśli są historiami o Paryżu - zastrzega jednak dyrektor Michel Reilhac. I nic w tym dziwnego. Gdyby twórcy ograniczyli się do filmów kręconych tylko w autentycznej scenerii, pozbawiliby swoje zbiory dziesiątek klasyków. - Byłem w Paryżu we Francji i w Paryżu w studiu Paramount. Ten drugi jest zdecydowanie lepszy - miał powiedzieć legendarny niemiecki reżyser Ernst Lubitsh. To właśnie w studiach filmowych powstały m.in. hity z lat 50.: „Amerykanin w Paryżu" Vincente'a Minnelliego i „Francuski kankan” Jeana Renoira. Także ekipa „Casablanki”, z której pochodzi najpopularniejsza bodaj paryska fraza - „Zawsze będziemy mieć Paryż” - nie spędziła nawet dnia zdjęciowego we francuskiej stolicy (w samej Casablance zresztą też nie). W 1942 roku, gdy powstawał film, żadna ekipa, poza wojskową, nie była po prostu pod wieżą Eiffle'a mile widziana. Z kolei w 2000 roku, gdy Baz Luhrmann zabierał się do kręcenia musicalu „Moulin Rouge" umiejętności speców od scenografii i efektów specjalnych były już na tyle zaawansowane, że autentyczne wnętrza kabaretu twórcy woleli zamienić na gigantyczne studio Foxa w Sydney, gdzie wybudowano spektakularną atrapę najsłynniejszej w dziejach dzielnicy uciech. Nawet malownicze ujęcia panoramy Paryża wyprodukowano cyfrowo. Cyfrowo została ulepszona nawet słynna „Amelia”, przez co nierealnie intensywne są w niej trzy barwy: zielona, żółta i czerwona, a na Montmartre brak śmieci, graffiti i odrapanych budynków. Reżyser filmu, Jean-Pierre Jeunet, chciał by dzielnica była bliższa jego osobistym fantazjom, co za osobistą zniewagę odebrali jej mieszkańcy. I nic dziwnego. Zyskując bajkowość, niemal pocztówkowe piękno, Paryż zgubił charakter, który wychwytywały choćby filmy francuskiej Nowej Fali. U Jean Luc Godarda czy Franćois Truffauta Paryż niczym kot, w jednej chwili łasi się do widza, by za moment wyciągnąć do niego pazury. I tak w „Do utraty tchu” staje się pułapką dla ściganego przez policję Michela (Jean-Paula Belmondo), a w „Czterystu batach” dla uciekającego z domu dwunastolatka Antoine. Największą pułapką Paryż jest jednak dla samego siebie. Jeśli film toczy się w Paryżu, to o czym będzie? Wiadomo - o miłości. Single, marsz na Paryż! - Paryż od innych miast różnią tylko dwa szczegóły: ludzie jedzą tu lepiej i kochają się... no, może nie lepiej, ale z pewnością dużo częściej - takim wstępem opatrzył „Miłość po południu” amerykański spec od komedii Billy Wilder. Paryż od samego początku (którym był bodaj pierwszy, zrobiony w Niemczech film o Moulin Rouge z 1898 roku) był dla zagranicznych filmowców scenerią historii miłosnych. Wśród najpopularniejszych paryskich love story są na pewno „Zapomnij o Paryżu” Billy'ego Crystala, „Sabrina” Billy' ego Wildera, „Przed zachodem słońca” Richarda Linklatera, skandalizujące „Ostatnie tango w Paryżu” Bernardo Bertolucciego czy „Marzyciele” tegoż. Nawet twórcy laurki dla Nowego Jorku „Seksu w wielkim mieście” w finale serialu wysłali symbol Nowego Jorku - Sarah Jessicę Parker pod wieżę Eiffle'a. Bo gdzież by indziej mogła rozegrać się miłosna scena, w której Big mówi do Carrie: „Jesteś tą jedyna!” {CMS_PAGE_BREAK] Ba, i sam Woody Allen, którego do niedawna z Nowego Jorku trzeba było wyciągać dźwigiem, po kilka romantycznych scen do „Wszyscy mówią kocham cię” bez większego bólu udał się wprost nad Sekwanę, nad którą w pamiętnej scenie z Goldie Hawn tańczy przy świetle księżyca do „I'm Thru with Love”. - Ludzie mają w głowie obrazek Paryża miasta miłości i miasta świateł. Zapominają o tym, że tam, gdzie jest miłość jest też nienawiść, tam gdzie jest światło, jest też ciemność - stwierdził Mathieu Kassovitz, aktor i reżyser francuski, z racji swych odważnych, zaangażowanych w opisywanie drastycznych sfer życia społecznego filmów, nazywany białym Spikem Lee. Ogień w niebie Kassovitz pokazał płonące na paryskich przedmieściach samochody długo przed tym, jak faktycznie zaczęły płonąć i przed tym jak za rozliczanie się z francuską ksenofobią zabrał się Michael Haneke. W „Nienawiści” zabrał widza w samo oko cyklonu - podparyskie blokowiska. Wyklęte jak brazylijskie fawele albo nowojorski Harlem, dzielnice zamieszkane przez imigrantów są poza prawem. Kassovitz krok po kroku pokazał jak niegrzeczni chłopcy w minucie przeradzają się tam w mordujących z zimną krwią kryminalistów. Co Kassoviz zarejestrował z niemal dokumentalną pieczołowitością, Haneke powiedział w przenośni. Bohater jego głośnych „Ukrytych”, kulturalny Paryżanin Georges, zamienia się w ksenofoba, gdy tylko w jego poukładane mieszczańskie życie wkrada się strach. W końcu nienawiść arabsko-francuska podsycana była latami, nie można pozbyć się jej na zawołanie, tym bardziej, że każda strona nosi w sobie żal. - W Paryżu zawsze ktoś wytknie ci, że jesteś obcy. Jeśli źle zaparkujesz samochód, problemem nie będzie to, że stoi na chodniku dla pieszych, ale to, że masz podejrzany akcent - tłumaczył kiedyś Roman Polański. Choć akurat polscy filmowców Paryż przyjmował zawsze z otwartymi ramionami. Azyl znaleźli tam poza Polańskim, Andrzej Seweryn, Agnieszka Holland czy Krzysztof Kieślowski*. Nieustannie szukają go tam też Amerykanie. - Na udział w „Zakochanym Paryżu” zgodziłem się bez najmniejszego zastanowienia. W końcu kto zrezygnowałby z tygodniowego pobytu w sercu Europy - opowiadał jeden z reżyserów biorących udział w projekcie Alexander Payne. By uciec przed natrętnymi dziennikarzami w Paryżu zamieszkali w 2006 roku Angelina Jolie i Brad Pitt. Na stałe mieszka tam też Monica Belucci. Dla tych zaś hollywoodzkich gwiazd, którym nie dane było jeszcze pożyć w mieście miłości, mamy coś na pocieszenie. - Gdy dobry Amerykanin umiera, idzie do Paryża - żartował, nomen omen pochowany na Pere-Lachaise, Oscar Wilde. Pozostaje jednak pytanie, gdzie po śmierci idą dobrzy Paryżanie? Karolina Pasternak * Wielbicieli Kieślowskiego wysyłamy na wycieczkę śladami mistrza. Jak podaje w „Ważne, żeby iść” Stanisław Zawiśliński reżyser mieszkał w narożnej kamienicy przy rue Caulaicourt. W restauracji La Coupole regularnie zamawiał zupę ze szparagów i tatara. Ze znajomymi dziennikarzami lubił umawiać się na kawę w Le Wepler przy placu Clichy. Gdzie przewodnik nie może, tam was „Przekrój” pośle: - „Les 2 Moulins”, Rue Lepic, Paris 18 - kafejka z „Amelii” - lotnisko Orly Sud, „Do utraty tchu” - scena, w której odbywa się konferencja prasowa z pisarzem Pervulesco - sklep Diora, 30 Avenue Montaigne, sklep, w którym Patricia (Jean Seberg) z „Do utraty tchu” kupuje słynną paskowaną sukienkę - Hotel Ritz, gdzie spotykają się kochankowie z „Miłość po południu” Billy'ego Wildera - Sheakespeare& Company, 37 Rue de la Bucherie, Paris 5 - księgarnia, w której spotykają się Julie Delpy i Ethan Hawk, bohaterowie „Przed zachodem słońca” - stacja metra „Tuileries”, gdzie bohater noweli braci Cohenów grany przez Steve'a Buscemiego amerykański turysta przekonuje się, że to co radzą przewodniki w kwestii patrzenia Paryżanom w oczy jest najprawdziwszą prawdą Julie Delpy poleca czytelnikom „Filmoteki” swoje ulubione miejsca w Paryżu: Z pewnością wyspę świętego Ludwika (Ile-St. Louis). Uwielbiam też 11 dzielnicę, okolice Bastylii i dworca Gare de Lyon. Polecam też Cafe de Fleurs na Saint-Germain-des-Pres. Niestety nie mogę polecić innych kawiarni, bo ostatnio dużo pracuję i rzadko wychodzę z domu. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.
najnowszePromocja |
|