|
Kiedy jest się dziełem sztuki
Ola Salwa Żal, że los bohatera „Elegii” pozostaje tak obojętny Jeśli poprzedni film Isabel Coixet nosił tytuł „Moje życie beze mnie”, ten powinien się zwać „Moje życie bez życia”. Ekranizacja skowyczącej książki Philipa Rotha „Konające zwierzę” jest wystudiowaną refleksją nad miłością, przemijaniem i lękiem przed śmiercią. Zachwyca elegancją formy i grą Bena Kingsleya, Penélope Cruz i Dennisa Hoppera. Jednak coś w tej „Elegii” nie gra, jak należy, bo ogląda się ją bez przejęcia. Nie ma tu obecnego u Rotha kontekstu społecznego dopełniającego portretu bohatera ani zadziornego tonu. Jest za to ulubiona tematyka reżyserki: kruchość życia oraz zachowanie człowieka, który czuje na plecach oddech śmierci. Narratorem i bohaterem „Elegii” jest starzejący się wykładowca i krytyk sztuki David Kepesch (Kingsley). Boi się tylko śmierci i miłości. O pierwszej stara się zapomnieć dzięki cynizmowi i zdobywaniu młodych kobiet. Tak też wycisza potrzebę tej drugiej. Ma swój rytuał: oprócz stałej kochanki, równie niechętnej związkom jak on sam, zalicza po każdej sesji egzaminacyjnej romans z wybraną studentką. Najnowszym okazem jest Consuela (Cruz), zresztą słowo „okaz” jest tu nieprzypadkowe, bo Kepesch początkowo traktuje ją jak dzieło sztuki. Zniewalająco piękna kobieta zniewala i Kepescha, który dostaje obsesji na jej punkcie. Chce ją mieć na własność jak list Kafki, który powiesił sobie na ścianie. Kochanka ma dość takiego traktowania i odchodzi. Jej rola w filmie jest, niestety, zupełnie marginalna, bo „Elegia” to utwór skupiony na obsesjach starzejącego się mężczyzny, który oczywiście tylko do czasu ucieka przed miłością i życiem. „Piękne kobiety są niewidzialne. Zaślepieni ich urodą nie widzimy tego, co kryje się wewnątrz” – mówi Davidowi przyjaciel (świetny Hopper). Z filmem Coixet jest podobnie: trudno w nim dostrzec coś więcej niż piękno. A to przecież przemija, tutaj po 108 minutach. Ola Salwa „Przekrój” 36/2008 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.
najnowsze |
|