Strona główna > Kultura > Film > Sieć grubymi nićmi szyta
19.11.2008
Sieć grubymi nićmi szyta

Bartosz Żurawiecki, „Film”

Ridley Scott próbuje nas wkręcić. Daremnie. „W sieci kłamstw” to jeden z jego słabszych filmów

3.gif „W sieci kłamstw”, reż. Ridley Scott, USA 2008, 128’, Warner, premiera 21 listopada

Gorący temat – walka CIA z Al-Kaidą, najnowsze technologie szpiegowania, dwie gwiazdy w głównych rolach – Leonardo DiCaprio i Russell Crowe, akcja przerzucana z miejsca na miejsce… I co z tego, skoro najnowszy film Ridleya Scotta jest dziwnie niewciągający i nieemocjonujący?
W centrum ekranowych zdarzeń stoi agent Ferris (DiCaprio), spec od brudnej roboty na Bliskim Wschodzie, odbierający telefoniczne rozkazy od swego szefa w Waszyngtonie, Hoffmana (Crowe). Głównym celem ich działań jest przywódca terrorystów, nieuchwytny Al-Saleem (Alon Abutboul), który planuje serię zamachów bombowych w Europie. A ponieważ cel uświęca środki, toteż panowie ze służb specjalnych nie cofną się przed niczym: najpodlejszym kłamstwem, manipulacją, torturami, że o licznych zabójstwach niewinnych często osób nie wspomnę. Metody CIA niczym się nie różnią się od metod Al-Kaidy, obie organizacje są siebie warte – taki wniosek wypływa z filmu Scotta. Na tle religijnych oszołomów i aroganckich kilerów postacią z innej bajki jest Hani (Mark Strong), szef wywiadu Jordanii – surowy, ale sprawiedliwy, przestrzegający zasad, no i elegancki niczym dawny James Bond.
Wniosek jak wniosek, niczym nowym nie zaskakuje, nie on jednak wydaje się główną słabością filmu Scotta. Mimo że w obrazku dużo się dzieje, intryga szpiegowska zaczyna się de facto dopiero koło 80. minuty – wcześniej oglądamy głównie mniej lub bardziej chaotyczne pościgi i strzelaniny. Nie ma więc specjalnie czasu, by się w nią wkręcić, a jeszcze kończy się, po hollywoodzku, niemądrym happy endem.
Co gorsza, nie ma też z kim sympatyzować. Crowe tworzy karykaturalną postać spasionego Amerykanina, który decyduje o losach świata, naciskając guziczki w centrum dowodzenia, albo via komórka skazuje kogoś na śmierć, jednocześnie wysadzając dzieciaka na sedes w swej luksusowej posiadłości. Ferris natomiast to mało skuteczny profesjonalista z resztką ludzkich odruchów. Nieprzekonująco wypada próba ocieplenia tej postaci poprzez flirt z irańską pielęgniarką. A jeśli jeszcze dodać do tego fakt, że DiCaprio brzydko w tym filmie wygląda...
Tak naprawdę tylko jedna scena wywołała we mnie przypływ adrenaliny. Ta, w której Crowe mówi przez mikrofonik, a jego laptop automatycznie to wszystko zapisuje. O rany! Każdy dziennikarz chciałby mieć taki program! Komu mam sprzedać poufne informacje, by go zdobyć?   

„Przekrój”, 47/2008

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Edipresse Polska S.A. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Panie Bartoszy, dlaczego Pan napisal "elegancki jak DAWNY James Bond"? Najnowsze wcielenie Bonda jest rownie elegancie jak jego niezapomniany Sean Connery. Garnitury noszone przez Daniela Craiga w...

Wszystkie