|
„Borderlands” – Ich czworo
J.A. Karpiński Jeśli grać, to nie indywidualnie, czyli zmagania Pandorzan „Pieniądze nie rosną na drzewach... Na świecie nie ma nic za darmo” – przy tej optymistycznej piosence (to oczywiście „Ain’t No Rest for the Wicked” grupy Cage the Elephant) do miasteczka na pustyni przybywa czworo najemników. Rzecz dzieje się na planecie Pandora, o której wiemy tyle, że przypomina scenografię „Mad Maksa” – nie wiemy, jaka katastrofa na nią spadła, ale wygląda jak post-apokaliptyczne pustkowie. Bohaterowie też są typowi: zwalisty osiłek Cegła (Brick), seksowna dziewuszka Lilith (niewidzialna zabójczyni), twardy Afroamerykanin (Afro-Pandorzanin?) Roland (spec od broni maszynowej) oraz snajper-nożownik Mordechaj, chudy koleś z bródką. Wszyscy mają jeden cel: gdzieś na pustkowiu jest skarbiec zaawansowanej broni i technologii Obcych. Ten, kto go zdobędzie, zyska pieniądze i sławę. Wybieramy bohatera, wysiadamy z autobusu i zaczynamy strzelać. Bo też do tego cała gra się sprowadza – strzelamy do bandytów ubranych w skórzane wdzianka rodem z fantazji sado-maso, potworów przypominających skrzyżowanie psa z jakimś koszmarnym jamochłonem i karłów mutantów. Jeśli w tym opisie można wyczuć brak entuzjazmu, to słusznie – „Borderlands” to gra zrobiona perfekcyjnie, ale według przewidywalnego scenariusza. Ratuje ją jednak wyczucie stylu autorów. Grafika przypomina animowany komiks. W porównaniu z typową dętą niby-fotorealistyczną grafiką to przyjemny powiew świeżości. To także gra obliczona na wspólną zabawę z przyjaciółmi. Kiedy gramy samemu, strzelanie do potworów może szybko się znudzić – zwłaszcza że misje są powtarzalne. Każdy bohater ma inny styl gry: kiedy działają w zespole, uzupełniają się w przemyślany sposób – na przykład Roland może instalować samostrzelające wieżyczki, które wspierają kolegów ogniem. A więc grać? Grać. Ale tylko z przyjacielem. J.A. Karpiński „Przekrój” 46/2009 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.skala ocen "Przekroju"
|
|