Strona główna > Kultura > Komiks > Damy i huzar
8.09.2008
Damy i huzar

Sebastian Frąckiewicz

Popularna w USA zideologizowana seria o zagładzie mężczyzn

Nagroda Eisnera dla najlepszego scenarzysty zobowiązuje. Po lekturze dzieła „Y: Ostatni z mężczyzn” Briana K. Vaughana, który takową statuetkę otrzymał, można mieć jednak wątpliwości co do jej wagi. Nie chcę przez to powiedzieć, że „Y: Ostatni z mężczyzn” to kiepski komiks. Jak na amerykański mainstream wręcz się wyróżnia. Ale jednocześnie jest to komiks niesamowicie tendencyjny i cuchnący nadętymi pogadankami o wspaniałych USA. Vaughan miłość do flagi i amerykańskiej demokracji sprzedaje tak uparcie, że owszem, powinien dostać nagrodę, lecz od George’a Busha. W „Lwach z Bagdadu”, które pojawiły się w Polsce kilka miesięcy temu, robił dokładnie to samo. Jego propaganda jest o tyle niebezpieczna, że została sprytnie zakamuflowana w konstrukcji świata przedstawionego. Bo Vaughan to bystry facet, tylko swoją inteligencję marnuje na zabawy w ideologa i kaznodzieję.
„Y: Ostatni z mężczyzn” przedstawia świat, w którym pewnego dnia – zupełnie nagle i z niewyjaśnionych powodów – giną prawie wszystkie samce. Nie tylko rodzaju ludzkiego, ale także wszystko, co biega, lata i pływa. Prawie, bo w Ameryce udało się przetrwać dwóm osobnikom – niedojrzałemu psychicznie absolwentowi literatury angielskiej Yorkowi oraz jego małpiszonowi. Jak się nietrudno domyślić, chłopak od razu staje się cennym znaleziskiem, które wydzierają sobie partia skrajnych feministek amazonek i izraelskie komandoski. Sam młodzian zamierza jednak pracować dla rządu, a konkretnie dla nowej pani prezydent.
Głowa państwa chce okiełznać chaos panujący w kraju. Bo jak usiłuje nam powiedzieć scenarzysta, gdy tylko zabrakło facetów, USA sięgnęły dna, a kobiety zaczęły się kłócić. Co więcej, niektóre chciałyby zmienić konstytucję i kilka odwiecznych praw. W kluczowej scenie widzimy głównego bohatera nieudacznika broniącego w patriotycznych tyradach prawdziwej, „męskiej” Ameryki. Co ciekawe, Vaughan stara się budować niesztampowe postaci. Ocalały facet nie jest macho, lecz zagubionym nastolatkiem. Otaczające go bohaterki to silne kobiety, które musiały poradzić sobie w nowych, ciężkich czasach. Jednak ta siła jest tylko pozorna, ponieważ za chwilę widzimy, jak dzierżąca broń wdowa po kongresmanie nie potrafi się z nią obchodzić. W innej scenie twarda i zasadnicza agentka służb specjalnych relaksuje się, robiąc na drutach. Jednym słowem: baba zawsze będzie babą – zdaje się nam mówić scenarzysta. Na szczęście „Y: Ostatni z mężczyzn” ma kilka zalet. Świetnie poprowadzona, nieliniowa akcja, trzymająca w napięciu od pierwszej strony. Zgrabne dialogi i nawiązania do pop-kultury. A jednak scenarzyście nie udało się wyzbyć taniego szowinizmu. Pożytek z tego tylko taki, że jego pracę trudno traktować obojętnie.

Sebastian Frąckiewicz
"Przekrój" 36/2008

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Edipresse Polska S.A. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Brak opinii.