Strona główna > Kultura > Komiks > Benefis bez błysku
23.02.2010
Benefis bez błysku

Sebastian Frąckiewicz

„Opowieści niesamowite” to hołd złożony Hellboyowi. Szkoda, że na kolanach

3.gif „Opowieści niesamowite”, różni autorzy, Egmont, Warszawa 2010, s. 216, 89 zł

Moja bujna wyobraźnia podpowiada mi, że gdyby Mike Mignola, ojciec Hellboya, przyszedł na świat w średniowiecznej Europie, tworzyłby gotyckie ołtarze albo rysował miniatury. Zamiłowanie do perfekcyjnej kompozycji i nastroju to jego wizytówka, na tym polu nie ma sobie równych w amerykańskim komiksie „superbohaterskim”. Udała mu się rzecz rzadka: działając w głównym nurcie, stworzył autorską serię mającą niezwykle rozpoznawalny styl. Popularną, ale niebanalną. Jeszcze kilka lat temu trudno było wyobrazić sobie, że ktokolwiek inny mógłby zrobić choćby jedną planszę przygód czerwonego demona. Sytuacja zmieniła się w chwili, gdy komiksiarz zaczął pracować nad ekranizacją serii („Nasienie zniszczenia”, 2004). To wtedy z artysty przeistoczył się w dyrektora artystycznego i menedżera zarządzającego własną marką Hellboy™. Antologia „Opowieści niesamowite” (2004), która po polsku ukazuje się dopiero teraz i zbiera dwie części cyklu w jednym tomie, była pierwszą jaskółką (obok filmu, rzecz jasna) tychże zmian.

Jak to w antologiach komiksowych bywa, we wstępie dowiadujemy się, że oto najlepsi z najlepszych oddają hołd ulubionemu bohaterowi. Ów benefis Hellboya nie wypadł jednak najlepiej: autorzy ślepo podążyli za fabularnymi pomysłami Mignoli. Ten bawił się jednak mitologicznymi odniesieniami, dbał o detale i nastrój. Naśladowcy tego daru nie mają – a na dodatek kilku z nich na siłę próbuje imitować jego kreskę. Ów brak pomysłów jest o tyle zaskakujący, że w biografii Hellboya znajdziemy sporo luk, a także wątków wartych pociągnięcia. Jedynie Andi Watson w nowelce „Nieproszony gość” postanowiła podrążyć kwestię tożsamości pochodzącego wszak z piekła bohatera. W całym tomie znajdziemy tylko cztery udane historie (na  dwadzieścia parę). Poza Watson na wysokości zadania stanął Eric Powell (autor serii „Zbir”) oraz gwiazdy komiksowej sceny niezależnej – Craig Thompson (znany z „Blankets”) i Scott Morse. Pierwszy z nich przygotował żartobliwe „Moje wakacje w piekle” wykorzystujące biblijną symbolikę. Morse natomiast w lirycznej i prostej opowieści pokazał zmęczonego herosa pragnącego chwili wytchnienia. Szkoda, że twórców poszukujących ciekawego kontekstu znalazło się tu mniej, niż ślepych wyznawców kultu Hellboya. Fanatycy za niewłaściwe relacje z diabłem zapłacili artystyczną bezpłodnością.

Sebastian Frąckiewicz
„Przekrój” 06/2010

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Brak opinii.

skala ocen "Przekroju"

6.gif    wybitne 

5.gif    bardzo dobre

4.gif    warto

3.gif    przeciętne

2.gif    słabe

1.gif    dno

„Przekrój” 30/2010 

okladka_mala_29.jpg W sprzedaży od wtorku, 27 lipca 2010 roku

• Stenka wołałaby być...
• Żuławski kocha...
• Prawdę o Tu-154 poznają....

Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści