Strona główna > Kultura > Książki > Książki - artykuł > Krótki kurs wakacyjnego czytania
7.07.2008
Krótki kurs wakacyjnego czytania

Marcin Sendecki

Lato sprzyja odzyskiwaniu straconego czasu i nadrabianiu zaległości w lekturach. Czy jesteś pod wulkanem, czy w Patagonii – czytaj nasz przewodnik po literaturze na wakacje

Jak czytać w wakacje? Tak samo jak zwykle, tylko więcej i lepiej. Dobre sobie,
więcej i lepiej! Przecież nawet czytając sporo (a bywa, że i zawodowo), wciąż odkładamy jakieś lektury na później i obiecujemy sobie, że kiedy tylko złapiemy trochę oddechu, nadrobimy zaległości, poszerzymy tak zwane horyzonty, wrócimy do dzieł klasycznych, a poniechanych za młodu. Jeśli zaś na co dzień na książki nie mamy czasu (to się podobno zdarza) lub zwyczajnie zapomnieliśmy, że warto je czytać (co chyba częstsze), czasem właśnie u wrót wakacji przychodzi myśl, że może by jednak coś mimo wszystko przejrzeć, korzystając ze spokoju ducha i okoliczności przyrody. Co zatem czytać?

Na wybór naszych lektur wpływają – poza czystym przypadkiem – szkoła, moda oraz rady bliźnich, do których mamy choć cień zaufania. Jeśli zdadzą się więc państwo na nieśmiałą radę „Przekroju”, będziemy zaszczyceni. Moje propozycje są jednak – nie muszę chyba tego obszerniej tłumaczyć – całkowicie niezobowiązujące. Są też w lwiej części łatwo dostępne, bo bez wielkiego zachodu można je kupić albo w ostateczności pożyczyć. A potem czytać. Najlepiej także po urlopie.

Wariant 1. Lekko (lecz bez przesady)
„Coś lekkiego do czytania” – oczywista oczywistość, sam powab i smak urlopowej lektury. Ma się rozumieć, że lekkość niejedno ma imię. Jedni radzi będą się sposobić do flirtów przy Owidiuszu (warto zbadać nowy przekład „Sztuki kochania” Ewy Skwary), inni wolą dystyngowanie emocjonować się Sherlockiem lub panną Marple albo po raz kolejny odwiedzić niezawodnego pana Pickwicka. Porzućmy zresztą klasykę. Dan Brown czy Danielle Steel są także dla ludzi, a skoro ich czytelnicy wiedzą, czego chcą, jest to uczciwa rynkowa wymiana. Są zresztą i dziś prawdziwi mistrzowie rozrywkowego rzemiosła, jak Borys Akunin. Przestrzec trzeba przed jednym tylko rodzajem wakacyjnych książek, który całkiem bujnie pleni się nad Wisłą. To antologie opowiadań uroczo zatytułowane „Pierwszy dzień lata” albo „Ostatni dzień lata”, albo – tę zbadałem ostatnio – „Wakacyjna miłość”, w których niejednokrotnie sympatyczni autorzy publikują wypracowania na zadany przez wydawcę temat i w dziewięciu przypadkach na dziesięć padają jak muchy pod ciężarem obowiązkowej lekkości.

Wariant 2. Podróże w podróży
Strategia bardzo naturalna. Wyrywając się z domu, choćby i na pobliskie letnisko, czytamy autorów, którzy zjedli zęby na podróżach, choćby i na kraj świata. Niezawodni będą na przykład tacy współcześni klasycy, jak Bruce Chatwin i Ryszard Kapuściński. Książki pierwszego z nich całkiem niedawno zadomowiły się w Polsce na dobre, bo w końcu przełożono i wydano bodaj wszystko poza drobiazgami. Najlepiej może zacząć od przeglądowego zbioru krótszych kawałków „Co ja tu robię?”, a potem wziąć się do „W Patagonii” i afrykańskiego „Wicekróla Ouidah”. Satysfakcja gwarantowana.
Kapuściński zaś – wiadomo. Rekomendowałbym zwłaszcza, ze stosownym szacunkiem dla całości dzieła, rzeczy wcześniejsze, jak „Wojna futbolowa”, pochodzące z czasów, gdy pisarz był już światowej klasy reporterem, a nie był jeszcze otoczonym kultem etatowym objaśniaczem świata.

Wariant 3. Wokół arcydzieła
Tołstojowska epopeja „Wojna i pokój” jest nieodmiennie wstrząsająca. Przy lekturze można posiłkować się wznowioną niedawno monumentalną biografią Lwa Tołstoja pióra Wiktora Szkłowskiego, a przede wszystkim – i to jest prawdziwa, wspaniała nowość – wydaną w zeszłym roku księgą polsko‑angielskiego historyka Adama Zamoyskiego „1812. Wojna z Rosją”. Proszę tylko nie unosić się honorem i w żadnym razie nie porównywać dzieła Tołstoja z napisaną dwie dekady później po polsku wojenną epopeją pod tytułem „Trylogia”, bo można popaść w narodowe kompleksy niczym prezes Orlenu podczas wizyty w Gazpromie.

Wariant 4. Autor na celowniku
Można wreszcie zagiąć parol na spory kawał dorobku jakiegoś zacnego autora. Na pierwszy ogień, powiedzmy, Flaubert. To w końcu od jego „Pani Bovary” zaczyna się nowoczesna powieść. Prawie wszyscyśmy ją czytali, to prawda, ale na pewno nie wszyscy znają nowy przekład Ryszarda Engelkinga, więc jest doskonała okazja, by raz jeszcze przyjrzeć się nieszczęsnej Emmie i jej „prowincjonalnemu romansowi”, a nieuchronny, jak mi się zdaje, podziw dla flaubertowskiej prozy wzmóc lekturą melancholijnej „Szkoły uczuć”, kartagińskiej „Salambo” i morderczej „Prostoty serca”. W dodatku teraz można czytać je w asyście nowej, harwardzkiej biografii Fredericka Browna, która w oryginale nazywa się po prostu „Flaubert. Biografia”, zaś po polsku, dość dramatycznie, „Gustaw Flaubert w niewoli słowa i kobiet”. Proszę się jednak tą wpadką nie zrażać, to rzecz solidna i godna uwagi.

Po drugie, Malcolm Lowry, choćby dlatego, że w przyszłym roku przypada stulecie jego urodzin; powód błahy, lecz dobry jak każdy inny. „Pod wulkanem” to, jak wiadomo, jedna z najsławniejszych, zasłużenie, powieści ubiegłego wieku. Kto zaś powie, że jej deliryczne mroki gryzą się z wakacyjnym relaksem, niech weźmie pod uwagę, że znacznie łatwiej towarzyszyć Konsulowi w ostatniej wędrówce przez zdruzgotany świat, kiedy nie trzeba następnego dnia zrywać się do pracy. Do opus magnum Lowry’ego dodajmy zbiór opowiadań „Usłysz nas, Panie, z niebios, miejsca Twego” oraz rodzaj szkicu do „Pod wulkanem”, czyli tekst pod tytułem „Ciemny jak grób, w którym spoczywa mój przyjaciel”. Jeśli będziemy pilni, to może – niezbadane są wyroki niebios – już na przyszłe wakacje doczekamy się polskiego wydania pasjonującej książki Gordona Bowkera „Pursued by Furies. A Life of Malcolm Lowry” („Ścigany przez furie. Życie Malcolma Lowry’ego”) i za rok będziemy mogli zacząć lekturę od początku.

Wariant 5. Raz kozie śmierć!
Bo trzeba to w końcu zrobić. Wybór jest w zasadzie oczywisty: Proust. „W poszukiwaniu straconego czasu” to siedem tomów, blisko trzy tysiące stron druku, nijak nie chce być mniej. Proust – przypomina we wstępie do polskiego wydania Boy‑Żeleński – „wielokrotnie w korespondencji swojej wyraża gorączkowe pragnienie, aby być czytanym – i to nie przez szczuplejszy krąg wyrafinowanych intelektualistów, ale przez szeroką publiczność”, lecz nie oszukujmy się – każdy wie, że „W poszukiwaniu...” istnieje, czytało zaś ów arcysiedmioksiąg niewielu. Tym lepiej, awans do tego elitarnego grona to jak zamiana roli szarego usługobiorcy w banku detalicznym na kreację klienta sektora private banking. I blisko trzy tysiące chwil pławienia się w jacuzzi Proustowskich zdań. Oto więc hasło na dziś: „Ludzie sukcesu czytają Marcela Prousta”.

Wariant 6. Lektura błyskawiczna
Ekonomia nade wszystko! Maksymalizacja przyjemności w jednostce czasu! Aforyzmy i anegdoty czytać można – z pożytkiem i uciechą – od niechcenia, na wyrywki, kapryśnie, wcale się nie turbując misternie splecionymi wątkami wielkich powieści. Możliwości jest wiele. Modny, europejski i ekumeniczny będzie aforystyczny Trójkąt Weimarski. Wierzchołek pierwszy to XVIII‑wieczny Francuz Chamfort i dworskie „Charaktery i anegdoty” w przekładzie Boya („N... powiadał o pani X: »Sądziłem, że chce, abym dla niej został wariatem-, i byłem gotów; ale ona chciała, abym został głupcem, tego odmówiłem«”.). Wierzchołek drugi to współczesny Chamfortowi, acz zupełnie inny Niemiec Georg Christoph Lichtenberg (z pięknie przygotowanego przez Tadeusza Zatorskiego zbioru „Pochwała wątpienia” jedno tylko zdanie: „Amerykanin, który odkrył Kolumba, dokonał bardzo niedobrego odkrycia”). Wreszcie nasz Stanisław Jerzy Lec, boleśnie XX‑wieczny, i jego „Myśli nieuczesane”, z których można by cytować bardzo, bardzo długo, więc poprzestanę na dotyczącym ich cytacie z Umberta Eco: „Jest to książka, z której każdy cywilizowany, myślący człowiek powinien co wieczór przeczytać trzy albo cztery linijki, zanim zaśnie (jeśli w ogóle będzie mógł zasnąć)”.

Wariant 7. Wszystko inaczej
Tu proszę wpisać zupełnie inne tytuły, które państwo chcieliby pochłonąć w wakacje, a ich listę, rozsądnych rozmiarów, przesłać do 17 lipca na adres kultura@przekroj.pl. Najciekawsze plany czytelnicze nagrodzimy – a jakże – książkami.

Koniec wakacji
No i tak to jest. Przychodzi wreszcie pora wyjazdu, jesteśmy silni, zwarci, gotowi i mamy plan lekturowego oprogramowania wakacji. Może nawet przypomina jeden z zarysowanych powyżej. A potem? Pewnie wszyscy to znamy. Kończą się urlopy i nagle okazuje się, że pan, pani i ja sam nie przeczytaliśmy literalnie nic. Książki, czasem niezwykle starannie dobrane, tylko stylowo sfatygowały się w podróży i odkłada się je na półkę z poczuciem winy. Może jednak nie warto czynić sobie spóźnionych wyrzutów? Dobre i to, że były z nami, cieszyliśmy się ich krzepiącą obecnością, może nawet zaglądaliśmy do nich i podczytywaliśmy co nieco? Z pewnością do nich wrócimy. To nie jest koniec świata, to nie jest koniec czytania. Nadciąga wszak nowa, rozkoszna jesień, która kapitalnie sprzyja lekturze.

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Edipresse Polska S.A. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

2008.07.08 00:48

ja w lato czytam tylko pornografię

2008.07.06 16:13

Wiktor Pielewin został mi podsunięty w zeszłe lato "Z życia owadów" było pierwszą jego książką jaką przeczytałam.Cudowne poczucie humoru,niesamowita wiedza i ontelekt oraz filozoficzne...

Wszystkie


skala-ocen-ok.jpg