|
Rozbitkowie na Nilu
Marcin Sendecki Haszysz, noc i śmierć w powieści egipskiego noblisty Przeczytaj fragementKiedy w roku 1988 Nadżib Mahfuz dostał Nobla, miał za sobą długie życie i kilkadziesiąt książek. Był nie tylko pierwszym Egipcjaninem, lecz także pierwszym (na razie ostatnim) arabskim pisarzem tak wyróżnionym przez Zachód. Zmarł dwa lata temu w Kairze, gdzie spędził większość swych dni i któremu poświęcił wiele swych dzieł z powieściową „Trylogią” na czele (pierwszy tom „Opowieści starego Kairu” mamy od lat po polsku, kolejny ukaże się niebawem). Przeżył rewolucje i zmiany reżimów, nawet zamach na siebie, kiedy obwieścił, że choć Rushdie nie powinien obrażać Proroka, to Chomeini nie ma prawa wydawać na niego wyroku. Szanował tradycję i religię, ale był orędownikiem wolności i zdrowego rozsądku. Ot, drobiazg: w długim wywiadzie udzielonym niedługo przed śmiercią, a opublikowanym w „Paris Review” (łatwo go znaleźć w sieci, bardzo polecam) na pytanie, co sądzi o tym, że ludzie szukają rozwiązania swych problemów, radząc się sufickich mędrców, odpowiedział, że życzy im wszystkiego najlepszego, ale prawdziwe rozwiązanie ich problemów tkwi w Banku Narodowym. I tak dalej. „Rozmowy na Nilu” to drobna powieść z 1966 roku. Oto grupa kairskich dobrze sytuowanych przyjaciół – sławny aktor, pisarz, krytyk, tłumaczka etc. – spotyka się co noc na nilowej barce, by (nielegalnie) palić haszysz, gadać, uprawiać wolną miłość. Gospodarzem łodzi jest ćpun co się zowie, przed laty złamany śmiercią żony i dziecka, ministerialny urzędnik Anis, którego narkotyczne wizje przewijają się przez cały tekst. Do kręgu wtajemniczonych wstępują, niejednocześnie, dwie piękne kobiety i potem nic nie jest już takie, jak było. Powieść jest osobliwie statyczna, przypomina czytaną próbę sztuki teatralnej – nie licząc dwóch kulminacyjnych momentów – a jednak nieodparcie urocza. Po części, nie ma co ukrywać, jest to urok ramotki sprzed lat, po części zaś, co ważniejsze, wynika ze zderzenia dzisiejszego stereotypu islamskiego kraju z życiem bohaterów, którzy bawią się daleko swobodniej, niż można by przypuszczać, doświadczając jednocześnie wykorzenienia i duchowej pustki, co się dobitnie okaże w momencie trudnej próby. Ładna rzecz. Marcin Sendecki „Przekrój” 32-33/2008 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.
najnowszePromocja |
|