Strona główna > Kultura > Książki > Sześć portretów
1.09.2008
Sześć portretów

Marcin Sendecki

...czyli jak John Ashbery spłacił dług

5.gif John Ashbery „Inne tradycje”, przeł. Julia Fiedorczuk, Jerzy Jarniewicz, Tadeusz Pióro, Piotr Sommer, Andrzej Sosnowski, Ha!art, Kraków 2008, s. 192, 39 zł

Cykl wykładów imienia Charlesa Eliota Nortona to jedna z szacowniejszych instytucji akademickiej Ameryki. Co roku wygłasza je na Harvardzie zaproszony gość, a ich przedmiotem jest „szeroko rozumiana” poezja. Lista prelegentów jest imponująca. Figurują na niej – między wieloma innymi: wykłady zaczęły się w roku 1925 – Eliot, Frost, cummings, Borges, Paz, Miłosz (stąd wzięła się książeczka „Świadectwo poezji”), Calvino, Eco, Cage, a nawet Igor Strawiński. W roku akademickim 1989–1990 za katedrą stanął John Ashbery. Sławny poeta postanowił opowiedzieć o sześciorgu pisarzy, którzy wywarli na niego wpływ, wybierając wszakże do swego sekstetu twórców osobnych, by nie rzec dziwacznych, oraz na różne sposoby i z różnych względów dzisiaj prawie nieobecnych. Wyjątkiem – jak zwykle – jest w tym gronie francuski arcyekscentryk Raymond Roussel, którego dziełu wiedzie się poniekąd znakomicie. Reszta to autorzy anglosascy, istniejący wprawdzie w obiegu, antologizowani i czasem wciąż komentowani, lecz przypisani do marginesów historii literatury: Anglicy John Clare- (1793–1864) i Thomas Lovell Beddoes- (1803–1849) oraz Amerykanie Laura Riding (1901–1991), John Wheel-wright (1897–1940) i David Schubert (1913–1946), z którym los obszedł się tak dotkliwie, że nie udało się nam odnaleźć żadnego wizerunku pisarza. Mówiąc o nich, Ashbery- opowiada oczywiście także o sobie: pokazuje, co i dlaczego lubi czytać, co go inspiruje; które wątki z poplątanych biografii swych bohaterów zdają mu się znamienne albo- po prostu ciekawe.
Wybór Ashbery’ego można i trzeba interpretować jako wpływowy głos w wyrafinowanej (na polskim gruncie cokolwiek zresztą abstrakcyjnej) dyskusji o romantyzmie i modernizmie (czy też modernizmach) oraz o napięciach w obrębie anglosaskiego kanonu – i tak dalej. Instruktywnie pisze o tym w przedmowie do krakowskiego wydania Grzegorz Jankowicz. Ale można też odłożyć na bok akademickie subtelności i czytać pogadanki Ashbery’ego – używam słowa pogadanki, by od razu dać znać, że są to teksty nader przystępne – znacznie bardziej prostodusznie i zgoła nienaukowo cieszyć się nimi, a bywa, że i wzruszać. Zważmy bowiem, że jeden z najładniejszych gestów, jakie pisarz może wykonać względem innego pisarza, to o nim opowiedzieć. Gest szczególnie hojny, gdy autor będący na fali mówi o pisarzu uchodzącym za pomniejszego, o kimś, którego dzieło błąka się po obrzeżach.
Jak mi się zdaje, jest w tym wyborze coś jeszcze. Wybierając i przywracając naszej baczniejszej uwadze autorów niełatwych, niekiedy wybitnie pechowych, Ashbery dzieli się z nimi łutem szczęścia, który – oprócz niekwestionowanego talentu – uczynił zeń jedną z centralnych postaci nowoczesnej poezji, choć i on jest przecież „trudny”, „ekscentryczny” i „niezrozumiały”. Piękna książka.

Marcin Sendecki
"Przekrój" 35/2008

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Edipresse Polska S.A. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Brak opinii.