|
Pustelnik z Cornish
Marcin Sendecki Jerome David Salinger – wspomnienie
Na pewno to państwo pamiętają: „Jeżeli rzeczywiście gotowi jesteście posłuchać tej historii, to pewnie najpierw chcielibyście się dowiedzieć, gdzie się urodziłem, jak spędziłem zasmarkane dzieciństwo, czym się zajmowali moi rodzice, co porabiali, zanim przyszedłem na świat, no i wszystkie tym podobne bzdury w guście »Davida Copperfielda«, ale ja wcale nie mam ochoty wdawać się w takie gadki, od razu wolę was szczerze uprzedzić”. Pierwsze zdanie „Buszującego w zbożu” (polski przekład Marii Skibniewskiej) przebojem weszło do elitarnego klubu najsławniejszych otwarć w historii powieści, a cała książka – debiut J.D. Salingera z 1951 roku – z punktu stała się biblią młodych, niedopasowanych nadwrażliwców. Do dziś sprzedano ją w dziesiątkach milionów egzemplarzy. Salinger pozostawił jeszcze trzy niemal równie sławne książki: „Dziewięć opowiadań” (1953), „Franny i Zooey” (1961), „Wyżej podnieście strop, cieśle. Seymour: Introdukcja” (1963) oraz garść nowel w pismach i antologiach. Ostatnie z nich „Hapworth 16, 1924” ukazało się w „New Yorkerze” w czerwcu 1965 roku – po czym pisarz zamilkł na dobre.
Już w 1953 roku porzucił apartament na Manhattanie na rzecz wiejskiej posiadłości w Cornish w stanie New Hampshire, gdzie coraz bardziej izolował się od świata. Wśród nielicznych przyjaciół, z którymi się spotykał, był inny sławny odludek – naczelny „New Yorkera” William Shawn. Nie przyjmował wizyt, nie pozwalał na wznowienia tekstów nieujętych w książkach, odmawiał kontaktów z prasą i współpracy z biografami. Chętniej się z nimi sądził. Proces wytoczony w latach 80. brytyjskiemu poecie i krytykowi Ianowi Hamiltonowi – pisarz chciał zakazu wykorzystania swych niepublikowanych listów w książce Hamiltona „W poszukiwaniu Salingera” – znalazł finał w sądzie najwyższym. Salinger wygrał sprawę. O pustelniku z Cornish krążyły najbardziej fantastyczne pogłoski. Najważniejsze były oczywiście spekulacje na temat zawartości szuflad – a właściwie sejfu Salingera. Jego kochanka z lat 70. w skandalizujących wspomnieniach twierdziła, że sejf musi zawierać co najmniej dwie niepublikowane powieści (przyznając jednak, że ich nie widziała). W jednej z nielicznych (i bodaj ostatniej) wypowiedzi dla prasy z 1974 roku powiedział: „To, że nie publikuję, przynosi mi cudowny spokój. (...) Publikując, doświadczam koszmarnego naruszenia mojej prywatności. Lubię pisać. Kocham pisać. Piszę jednak tylko dla siebie, dla własnej przyjemności”. Dopiero teraz będziemy mogli się przekonać, czy naprawdę pozostawił dla nas coś jeszcze. Marcin Sendecki „Przekrój” 05/2010 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.skala ocen "Przekroju"
|
|