|
Chłopaki wciąż płaczą
Łukasz Dunaj The Cure na sinusoidzie. Ich nowa płyta przyniesie fanom duży niedosyt Tradycji stało się zadość. Minęły cztery lata, jest nowa płyta. Fani The Cure są cierpliwi, lojalni i… wyrozumiali, bo na prawdziwe arcydzieło czekają od czasów „Disintegration” (1988). No dobrze, może „Wish” (1992). Później bywało raz lepiej (mroczne „Bloodflowers”), raz gorzej (nijakie „Wild Mood Swings”). Nowy album również nie przynosi kompozycji, które mogą automatycznie dołączyć do kanonu The Cure, chociaż przypuszczam, że fani oczekują raczej dźwięków sobie przyjaznych niż stylistycznych rewolt. Zresztą czy w wieku 50 lat – Robert Smith obchodzi półwiecze w przyszłym roku – można jeszcze rozpętać jakąś rewolucję? Zastosowano więc oczywistą formułę (od)twórczego przeglądu jadłospisu z trzech ostatnich dekad. Początek obiecujący – depresyjny „Underneath The Stars” to reminiscencje pamiętnej „Pornografii”. Mroczny czar pryska jednak z drugim w zestawie popowym gniotem „The Only One”. I taką właśnie sinusoidą płynie ta płyta – „Freakshow” jakby żywcem wyjęty jest z katalogu nowej fali lat 80., „Switch” budzi zdziwienie niemal manchesterskimi naleciałościami, a „Sleep When I’m Dead” świadczy niezbicie, że kompania pana Smitha słyszała „już” Franza Ferdinanda. Jednocześnie jest to fragment płyty najśmielej nawiązujący do znienawidzonego przez ortodoksyjnych fanów The Cure okresu, kiedy płodzili oni piosenki w rodzaju „Love Cats” czy „Let’s- Go To Bed”. Najlepsze dostajemy jednak na koniec. Monumentalne „Scream” i przepełnione autentycznym rockowym żarem „It’s Over” tylko potęgują niedosyt, że takich perełek nie ma na „4:13 Dream” więcej. Może za cztery lata będzie lepiej? Łukasz Dunaj „Przekrój”, 47/2008 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2008.11.22 16:22
Zdecydowanie "od czasów Disintegration". No i czekamy dalej, bo 4.13 więcej obiecuje niż daje. Fajny, dynamiczny i przemyślany początek, a potem wszystko się rozłazi. - Antony
najnowszePromocja |
|