|
Być jak piterbruk
Łukasz Drewniak We Wrocławiu trwają pokazy najnowszego spektaklu jednego z największych reżyserów świata Petera Brooka. Czy stary mistrz ma nam jeszcze coś do powiedzenia?
Od zawsze był najbardziej „polskim” ze wszystkich wielkich reżyserów teatralnych XX wieku. Nie tylko dlatego, że szanowali się z Grotowskim, przyjaźnili z Kottem, że bardzo pomógł w recepcji ich twórczości na zachodzie Europy. Brook był realnie obecny w polskim życiu teatralnym. Bardzo szybko przetłumaczono jego fundamentalną książkę „Pusta przestrzeń”, jeszcze w latach 50. pokazał w Warszawie „Tytusa Andronicusa”, przyjeżdżał na wrocławski Festiwal Teatru Otwartego w latach 70. W wolnej Polsce regularnie co parę lat pojawiał się ze swoimi spektaklami z paryskiego Bouffes du Nord. Odebrał wszystkie możliwe doktoraty honoris causa. Bardzo szybko stał się dla nas takim dotykalnym klasykiem z sąsiedztwa. Łatwiejszym w obsłudze niż Grotowski, bo w końcu nigdy nie zdradził teatru. Głębszym i mądrzejszym niż bon vivant Giorgio Strehler, mniej utopijnym niż Eugenio Barba, dalekim od politycznego radykalizmu Juliana Becka i Judith Maliny z Living Theatre.
Lubię, jak Polacy mówią na niego „piterbruk”, bo brzmi to swojsko. Trzy sylaby lecą ciurkiem, jakby nie o człowieka chodziło, lecz o nazwę przedmiotu codziennego użytku. Kochamy go, nie wyobrażamy sobie bez niego XX-wiecznego teatru. Chyba oswoiliśmy go nawet za bardzo. – Ja jako dyrektor teatru mam prawo nie być „piterbrukiem”! – krzyczał 15 lat temu w publicznej dyskusji Jerzy Fedorowicz, szef Teatru Ludowego w Krakowie. Chodziło mu chyba o to, żeby nikt nie zmuszał go do artystycznych podróży, nieustannych poszukiwań estetycznych oraz odpowiedzi na każdy teatralny i polityczny trend. On to po prostu ukradł! Najbardziej wyrazisty sąd na temat „piterbruka” dał oczywiście Tadeusz Kantor. To było już pod sam koniec jego życia, w 1989 roku, może w 1990. 75-letni reżyser w licznych programach telewizyjnych z pasją opowiadał o sztuce i teatrze XX wieku, jakoś tak zawsze zbaczając na swój temat, porównując ze sobą innych wielkich. „A Peter Brook – wypalił pewnego razu – to jest skurwysyn, największy skurwysyn! Bo on, proszę pana, wszystko, co ma, to po prostu ukradł!”. Cytuję z pamięci, ale mogę się mylić co najwyżej w liczbie „skurwysynów”, jakie w tej wypowiedzi udzielonej polskiej telewizji padły. O dziwo, choć w mniemaniu Kantora Brook chyba i jego z czegoś ograbił, nie było w tych słowach prawdziwej nienawiści. Owszem, czuło się złość i zazdrość maskującą jednak podziw dla kogoś, kto tak dobrze wymyślił siebie w sztuce. Brook wedle swojej czarnej legendy (a któż jej nie ma? Ma i Grotowski, i Kantor też) jest czuły jak sejsmograf, błyskawicznie reaguje na pomysły innych artystów, chwyta je i testuje. Nawet jeśli doszły go słuchy, co autor „Umarłej klasy” o nim myśli, zachował się, jak na angielskiego dżentelmena przystało. Przyjechał do Krakowa rok po śmierci Kantora, żeby odebrać nagrodę jego imienia. No tak, Kantor miał o tyle rację, że Brook zawsze był kameleonem. Zmieniał estetyki, metody pracy. Jak się przez prawie 70 lat uprawia teatr, to trudno pozostać wiernym tylko jednej metodzie i fascynacji. Dlatego na drodze Brooka, który zaczynał od Szekspira, było miejsce i na teatr polityczny („US”), i na wędrówki z improwizowanymi scenkami po afrykańskich wioskach. Pojawił się genialny „Wiśniowy sad”, chyba najpiękniejszy Czechow, jakiego widziałem. Była rewolucyjna w minimalizmie muzycznej formy, zagrana na arenie do walki byków „Tragedia Carmen”. Brook pracował w Royal Shakespeare Company, założył CIRT (Międzynarodowy Ośrodek Badań Teatralnych), zbudował wieloetniczny, międzynarodowy zespół aktorski, w którym znalazła się przestrzeń dla porzuconego przez Grotowskiego Ryszarda Cieślaka. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.skala ocen "Przekroju"
|
|