|
Serialowa gorączka rodem z Ameryki
Bartosz Staszczyszyn Wielkie powieści wymyślili Europejczycy, ale nie od dziś Amerykanie są najzręczniejszymi opowiadaczami historii. Dowodzi tego serialowa gorączka, którą cieszymy się od lat
Kiedy w 1956 roku Irna Phillips rozpoczynała pracę nad serialem „As the World Turns”, nie podejrzewała pewnie, że jej soap opera przeżyje ją o ponad 30 lat i doczeka się blisko 14 tysięcy odcinków. Dziś produkcja stacji CBS cieszy się sławą najdłużej emitowanego serialu i jest niezbitym dowodem na to, że na co dzień nie doceniamy naszego przywiązania do prostych opowiastek. Nie trzeba być zresztą fanem niekończących się oper mydlanych, by poczuć, że jak wszystkie narracje serial telewizyjny ma magnetyczną moc. Jeśli więc po emisji ostatniego odcinka „Rodziny Soprano” (HBO) dręczony niepewnością miałeś ochotę udusić twórcę serialu Davida Chase’a, a oglądając kolejne finały „Dextera”, zdarzało ci się nerwowo obgryzać paznokcie – jesteś częścią tej opowieści.
Operacja crossover Przed 10 laty znany brytyjski dziennikarz David Aaronovitch wieszczył, iż „wiek telewizji się skończył”. Był to lament cokolwiek przedwczesny, bo właśnie wtedy, gdy pisał o końcu telewizji, ta wkraczała w nową erę serialowych opowieści. Jej początek wyznaczały premiery tak wybitnych produkcji jak „Sześć stóp pod ziemią” Alana Balla i „Rodzina Soprano” Davida Chase’a. Od tamtej pory moda na „życie w odcinkach” przybiera na sile. Nie tłumaczy jej jedynie nasza naturalna skłonność do snucia linearnych opowieści ani ciekawość „co dalej”. Oglądając amerykańskie seriale, Stendhal powiedziałby zapewne, że są zwierciadłem przechadzającym się po naszych domach. Specjaliści od telewizyjnych superprodukcji wiedzą, że kluczem do duszy widza jest doprowadzenie do tego, by uwierzył, że świat, który ogląda na małym ekranie, jest jak najbardziej realny. I choć budowanie spójnego telewizyjnego uniwersum nie jest rzeczą prostą, specjaliści z branży mają swoje sposoby, by wciągnąć nas w iluzję – wystarczy choćby, by bohaterowie różnych seriali spotkali się na jednym planie. Crossover, czyli przecinanie się ścieżek postaci z różnych telewizyjnych produkcji, to jeden z najbardziej konwencjonalnych zabiegów stosowanych przez serialowych twórców. Okazuje się jednak całkiem skuteczny, o czym przekonała się niedawno amerykańska stacja ABC. 14 stycznia bohaterowie dwóch produkowanych przez nią seriali – „Prywatnej praktyki” i „Chirurgów” – wspólnie zajmowali się skomplikowanym medycznym przypadkiem. Nie był to jednak zwyczajny crossover – doktor Addison Montgomery, grana przez Kate Walsh bohaterka „Prywatnej praktyki”, kilka lat wcześniej należała bowiem do szpitalnego zespołu „Chirurgów”. Gdy zdobyła sympatię fanów, stacja ABC zdecydowała się zrealizować kolejną medyczną produkcję skupiającą się właśnie na niej – „Prywatną praktykę”. O tym, że niegdysiejsza bohaterka „Chirurgów” powróci do dawnych znajomych, a losy doktorów z obu produkcji się skrzyżują, poinformowała więc większość mediów zajmujących się telewizją. Efekt był łatwy do przewidzenia – serialowy crossover przyciągnął przed telewizory blisko 13 milionów widzów. Ale to nie jednorazowy wzrost oglądalności był tu najważniejszy – pojawienie się na planie „Chirurgów” bohatera znanego z konkurencyjnego serialu w oczach widzów miało uwiarygodnić rzeczywistość kreowaną w obu tych produkcjach. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2010.02.23 00:00
Wiele seriali postrzeganych jest jako amerykańskie a takimi wcale nie są. Np. "Rome" był bardziej brytyjski, "Legend of the seeker" jest właściwie nowozelandzki, na świecie popularne jest... abc
opisy seriali i programów TV
|
|