|
Senatorzyć każdy może - Najsztub rozmawia z Cugowskim
rozmawia Piotr Najsztub Prawo i Sprawiedliwość namawia KRZYSZTOFA CUGOWSKIEGO, by kandydował z Lublina do Senatu. Co robiłby jako senator, na czym się zna, co myśli o IV RP i homoseksualizmie? – lidera Budki Suflera pyta Piotr Najsztub. Czytał pan statut i dokumenty programowe Prawa i Sprawiedliwości? – W 1981 dosłownie trzy dni przed stanem wojennym skończyłem płytę. Zajmowałem się muzyką. Więc siedzi pan sobie teraz w domu i zastanawia się, czy zostać senatorem... Co przemawia na „tak”, a co na „nie”? Zacznijmy od „nie”. – Głównie to, że polityka w Polsce, oczywiście za sprawą samych polityków, poniosła medialne fiasko. A w końcu polityka być musi i nie może być inaczej. A u nas to się potwornie zdewaluowało. Na całym świecie działania w polityce są jakimś rodzajem nobilitacji, a u nas wręcz przeciwnie, ludzie niczego politykom nie zazdroszczą, bo widzą w tym właściwie chęć uczestniczenia w jakiejś hucpie i zadymie. Nie bądźmy niesprawiedliwi! Jest pewien podziw w ludziach, ale podziw dotyczy zaradności w wyrywaniu dla siebie. – Dokładnie tak jest! To jest podziw dla zaradności we wkładaniu we własne kieszenie tych pieniędzy. A jakie jeszcze ma pan „przeciw”? – Myślę sobie, że ewentualnie będę kandydował i mogę zostać senatorem i „senator Cugowski” to brzmi mi jakoś tak... umiarkowanie. Koledzy z zespołu jeszcze się z pana nie śmieją, mówiąc „senatorze”? – Cha, cha! Trochę! No bo niech pan sobie wyobrazi taką sytuację: zostaje pan senatorem i dalej, choć rzadziej, koncertujecie. Na koncercie wychodzi konferansjer i mówi: Budka Suflera, a śpiewał będzie senator Cugowski! – Może tak to nie będzie. My tutaj cały czas rozpatrujemy różne minusy, ale jest pewien plus, o którym sobie myślałem. Nikogo jeszcze z naszej branży nie ma ani w Senacie, ani w Sejmie. No jak to? Z show-biznesu był Florek. – Kto? Florek Sebastian. – A kto to taki? Bohater z „Big Brothera”. – Rozumiem, że to był żart! Ja patrzę z podziwem na lobby filmowe, które... ...załatwiło sobie wszystko, co tylko można. – No i ja sobie analogicznie pomyślałem, że dlaczego nie można by było na przykład zorganizować takiego małego podateczku od dyskotek, restauracji? Żeby płacili 1,5 procent podatku na muzykę rozrywkową. Bo ci panowie filmowcy wytworzyli nimb sztuki przez duże „S”, że tylko kino jest wielką sztuką, no przecież to jest jakieś nieporozumienie. I chce pan to nieporozumienie rozszerzyć na muzykę rozrywkową? – Dlaczego nie? Oczywiście żartuję, ale tak sobie pomyślałem: na czym ma polegać różnica? Dlaczego ma być tylko jakiś podatek na filmy polskie, z których może jeden w roku jest wart obejrzenia? Dlaczego nie mamy płacić na rozwój muzyki rozrywkowej? Żeby sobie Brodka poszła do szkoły muzycznej i zrobiła emisję głosu, żeby jej się głos nie trząsł itd., itd. Mówię zupełnie poważnie, są ludzie niewątpliwie utalentowani, ale mają potworne braki. I ona mogłaby sobie za te pieniądze wziąć lekcje u nauczyciela śpiewu. To naprawdę wcale nie byłoby głupie. Czyli to jest ewentualne „za”, tak? – Jeżeli filmowcy mogli doprowadzić do takiej absurdalnej historii, to i my moglibyśmy spróbować czegoś takiego. Tym bardziej że oni mieli wicemarszałka Senatu Kazimierza Kutza. – Ja takimi prostymi sposobami myślę i może mnie też coś takiego by się udało? Wie pan, jak moi koledzy z branży byliby mi wdzięczni? Że można mieć za nic parę złotych i jeszcze byśmy na przykład z Markowskim i paroma innymi dzielili te pieniądze... Wtedy mielibyście we mnie wielkiego przeciwnika. – Oczywiście żartuję, ale sam pan doskonale wie, że ten pomysł z kinem jest absurdalny. Jaki jest pana osobisty stosunek do homoseksualizmu, transwestytyzmu? – Jeżeli to nie jest coś, co mnie atakuje, to... „Atakuje”, czyli że ktoś pana podrywa? – Nie, na szczęście nie jestem w typie. Myślę, że natrętne uzewnętrznianie tego jest, umówmy się, niepotrzebne. Nie mam zamiaru zastanawiać się nad tym, czy decyzja prezydenta Kaczyńskiego w Warszawie była słuszna, czy nie... A może powinien się pan nad tym zastanawiać? – Powiem tak: ze względu na demokrację to była decyzja niesłuszna, natomiast jeżeli mielibyśmy dopuścić do takich sytuacji, jakie obserwujemy na paradach gejów i lesbijek na przykład w Berlinie, to ja bym tak też nie chciał. Nie wiem, czy jest jakiś złoty środek. Mam kilku znajomych, bliższych i dalszych, którzy są homoseksualistami, i mnie to absolutnie nie przeszkadza. To w czym problem? – W niczym. Natomiast uważam, że nie należy robić z tego ostentacji, bo to jest niepotrzebne. Rozdymanie tego problemu w Polsce nie jest tylko walką o równość. Myślę, że Polska jest krajem coraz bardziej... Coraz bardziej, ale jak „pedał” się znajdzie w nieodpowiednim miejscu, to w gębę dostanie. Panie Krzysztofie, nie oszukujmy się. – Nigdy w życiu nie widziałem takiej sytuacji. Natomiast według mnie przesadna ostentacja wcale nie załatwia sprawy, mało tego, nie pomaga tej sprawie absolutnie. A jak u pana jest z dyscypliną? Czy łatwo się pan podporządkowuje cudzym decyzjom? – Mam kłopoty. A wie pan, jak to jest w działalności politycznej. Partia wymaga i trzeba być jak partia. – Myśli pan, że mnie wyrzucą od razu? Od razu nie, ale będą mieli kłopoty i pan będzie miał kłopoty. Trzeba głosować tak, jak chce partia. – Nie wiem, jak jest w Senacie, czy tam też obowiązuje... Czasami partie wprowadzają dyscyplinę głosowania w ważnych sprawach. – Będę musiał kombinować. Ale wiem, że są na to sposoby, na przykład się nie przychodzi, mówi się, że się jest chorym. Ja z telewizji mam poważne doświadczenia w parlamentaryzmie. Mam cichą nadzieję, że nie będę do tego zmuszony. A jaki jest pański stosunek do bliźniactwa? – Chyba dobry, bo jestem Bliźniakiem, zodiakalnym wprawdzie. A z drugiej strony nie znam osobiście braci Kaczyńskich. Czy podobałoby się panu, gdyby jeden brat był premierem, a drugi prezydentem? – Myślę, że to chyba byłoby za wiele. Za dużo dobrego? – Niech jeden będzie, powiedzmy, prezydentem, a premierem ktoś inny. Jak jest za dużo, to też nie jest dobrze. Jeśli zdecyduje się pan na kampanię senacką, będzie pan musiał mieć jakieś hasło. Myślał pan o jakimś haśle? „Wygram śpiewająco”? – Wczoraj moja przyjaciółka poddała mi świetny pomysł. Kiedyś w Zakopanem spotkałem Andrzeja Sikorowskiego i poszliśmy sobie w góry, nie takie duże, bo ja ze względu na problemy ze stawami nie mogę mocno chodzić, ale na taki spacerek. I była tam huśtawka. Było lato. Jestem w krótkich spodniach i mam zdjęcie, jak ja się tak huśtam i nóżkami przebieram. I ona mówi: daj to zdjęcie i podpisz: „Tak was będę bujał”. To rzeczywiście ładne. Prawda? Z tym hasłem i zdjęciem to by pan nie wygrał. – Boję się, że nie. Kandydując, trzeba by jednak jakiś garniturek założyć albo chociaż koszulkę polo, a okulary zdjąć, bo musimy widzieć oczy polityka. – To kolejny punkt dla mnie bardzo bolesny. Szczególnie ważne jest zdjęcie okularów, bo musimy widzieć oczy polityka, jeżeli mamy mu zaufać. – Rzeczywiście ma pan rację. Okulary noszę tylko wtedy, kiedy wykonuję swój zawód muzyka. Więc może mógłbym je nosić też w zawodzie polityka, bo wszyscy się już przyzwyczaili, że ja mam zawodowo okulary. Ale z tymi garniturkami to pan mnie lekko przestraszył. Rzeczywiście jest taki kanon. A ja mam lekką fobię, jeżeli chodzi o garnitury i tego typu przyodziewki. Może na wiecach przedwyborczych powinien pan występować ubrany po swojemu, ale z asystentem, który wyborcom będzie prezentował garnitur na wieszaku. Żeby się ludność nie bała, że startuje oto człowiek, którego nie stać nawet na garnitur. – Żeby pokazać, że posiada. Pomysł jest dobry. Te wiece wyborcze to też... Ale to jak koncert! Trzeba porwać za sobą tłum. – Ale ja nie umiem opowiadać im koszałków-opałków i tu jest mój bardzo poważny minus. Chociaż w Lublinie te parę rzeczy konkretnych miałbym do powiedzenia. A przy okazji musiałby pan jeszcze wychrypieć: chcecie nowej Polski? A oni muszą odpowiedzieć: chcemy! – Nie będę robił jasełek. Wiem, że to wszystko jest jakiś rodzaj teatru, przedstawienia. Jestem totalnie na te rzeczy nieprzygotowany. Ta forma mnie troszkę dziwi. Ale może przestanie. Może się pan wciągnie. Decyzję podejmie pan 15 lipca? – Tak. Na ile procent będzie to decyzja na „tak”, a na ile na „nie”? – Najlepiej skomentowała to wszystko moja żona. Przyszedłem do domu i mówię: wiesz, jest taka propozycja, a ona na to: może to jest jakiś pomysł. Jak masz siedzieć przy telewizorze i mięsem rzucać w ekran, to powiedz im to prosto w oczy. Rozmawiał Piotr Najsztub 9 lipca 2005 r. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.najnowsze |
|