Strona główna > Ludzie > Rozmowy Przekroju > Senatorzyć każdy może - Najsztub rozmawia z Cugowskim
9.07.2005
Senatorzyć każdy może - Najsztub rozmawia z Cugowskim

rozmawia Piotr Najsztub

Prawo i Sprawiedliwość namawia KRZYSZTOFA CUGOWSKIEGO, by kandydował z Lublina do Senatu. Co robiłby jako senator, na czym się zna, co myśli o IV RP i homoseksualizmie? – lidera Budki Suflera pyta Piotr Najsztub.

Czytał pan statut i dokumenty programowe Prawa i Sprawiedliwości?
– Statutu nie czytałem. Program znam mniej więcej.

A co z programu utkwiło panu najbardziej w głowie?
– Jeżeli chodzi o program gospodarczy PiS, to boję się, że jest taki, powiedziałbym, pobieżny. Przypuszczam, że PiS liczy na to, że PO zajmie się sprawami gospodarczymi. Musimy zresztą wyjść od tego, że nie jestem członkiem PiS. Tak że to wszystko spekulacje.

Ale rozważa pan wstąpienie?
– Nie wiem, zresztą dali mi wolną rękę.

A co pana pociąga w hasłach politycznych PiS?
– Rozglądając się, nie mam wrażenia, że jest fantastycznie i kraj nasz nie potrzebuje zmian. A dwie partie – PiS i Platforma – chcą zmian. Nikt oczywiście nie daje gwarancji powodzenia tych zmian, ale one ich chcą. Większość obywateli nie ma żadnych wątpliwości, że nie dzieje się najlepiej. W związku z tym, jeżeli niektóre ugrupowania mówią, że jest cudownie, że tylko trzeba kontynuować tę fantastyczną...

Takich straceńców to już chyba nie ma?
– Ale jakżeż nie! Ugrupowania rządzące uważają, że jest fantastycznie, że nie ma nic ładniejszego i piękniejszego niż III Rzeczpospolita.

Pan chce IV?
– Nomenklatura to dla mnie rzecz nieistotna, nazwa nie jest istotna. Natomiast nie mam wątpliwości, że parę rzeczy należałoby zmienić, bo inaczej skończymy jako „bananowa republika”, jak jakaś Panama, do której nie mamy tak strasznie daleko.

Gdyby jeszcze klimat był podobny... Panie Krzysztofie, w partii braci Kaczyńskich dwie sprawy są najgłośniejsze: uczciwość urzędników, polityków, walka z korupcją oraz odkłamywanie historii, tej najnowszej, z ostatnich 15 lat, i tej wcześniejszej. Panu postulat walki z zakłamaną historią jest bliski?
– Jeżeli chodzi o pierwszą rzecz, korupcję, to tutaj nie ma chyba człowieka w Polsce, który by się nie podpisał pod postulatami...

Są tacy. Ci, którzy z niej żyją.
– Ja mówię o normalnych obywatelach. A co do historii... Wiadomo, że w ’89 roku coś zostało ustalone. Nie wiemy co, ja nie wiem i nie zamierzam spekulować. Jeżeli ktoś chce ujawnienia tamtych umów, to jest to ze wszech miar właściwe. Niewykluczone zresztą, że było tak, jak się to oficjalnie mówi.


Czyli dopuszcza pan, że nie było żadnych tajnych układów?
– Oczywiście. Natomiast są pewne powody, dla których ludzie się nad tym zastanawiają.

A co z PRL? Wystąpi pan do IPN o ustalenie, czy jest pan poszkodowanym lub agentem?
– Wszyscy kandydaci muszą wystąpić, muszą mieć poświadczenie, że nie byli agentami. Uważam, że to jest OK. Nie wiem, czy na tej drodze dojdę do tego, że powiedzą mi, kto na mnie donosił. Byłoby to interesujące.

Bo tego, że nie był pan agentem, jest pan pewien?
– Paru rzeczy jestem pewien, tego również. Natomiast ciekawe by było poznać donosicieli. Choć wiem, że taka wiedza nie musi być radosna, bo jak pokazują różne przykłady, zdarzały się zupełnie patologiczne sytuacje, kiedy żona na męża, mąż na żonę donosili.

Mogłoby się okazać, że rockowa rodzina nie była tak zgrana, jak się wydawało?
– Nie, o tym nie myślę. To jest niemożliwe. Zresztą ja się tutaj absolutnie nie kreuję na strasznego bojownika z PRL. Byłem przeciętnym obywatelem, który coś tam sobie robił.

Może był pan pupilkiem PRL? Przecież na tournée zagraniczne wyjeżdżaliście...
– Boję się, że nie. Nie byłem pupilkiem, ale możliwe, że nawet nie mam żadnej teczki. Wszystko się wyjaśni. Mimo wszystko nikt nas w tym PRL nie walił kijem bez przerwy po plecach.

Jak się pan dowiedział o propozycji PiS?
– Kanałami towarzysko-prywatnymi, ponieważ Lublin nie jest wielkim miastem i tutaj się raczej wszyscy znają. Ela Kruk zapytała, czy nie rozważyłbym takiej sytuacji, oczywiście po zastanowieniu się.

Senat to taka izba senności, panie Krzysztofie. Nie ma pan gdzie przysypiać w Warszawie?
– Myślę, że do Sejmu to bym się chyba nigdy nie zdecydował, bo tam trzeba mieć bardzo silne nerwy. Senat w tej chwili jest zupełnie jednorodny politycznie. I dlatego tam się właściwie nic nie dzieje. Myślę, że w następnej odsłonie będzie troszeczkę bardziej zróżnicowany, czyli ciekawszy.

Senat przede wszystkim poprawia stanowione przez Sejm prawo. Pan prawnikiem nie jest?
– Nie jestem prawnikiem, ale znam się na paru rzeczach. Nie mam najmniejszej nadziei, że potrafię coś zmienić w sprawach globalnych, natomiast na paru rzeczach drobnych – na kulturze, kulturze masowej, sporcie – trochę się znam, wiem, jak to, niestety, funkcjonuje. W tych sprawach niewiele bym zepsuł.

Słabe pocieszenie dla ewentualnych wyborców.
– Nie wiem. To, co się dzieje w parlamencie, to są, proszę wybaczyć, poważne jaja. Nawet patrząc na rzeczy, na których się zupełnie nie znam, to wniósłbym w nie zdrowy rozsądek. Nie znam się na uprawie buraka cukrowego, wydobyciu węgla kamiennego, że nie będę wspominał o ropie naftowej, ale...

A na budżecie?
– Na budżecie znam się w sposób ogólny, myślę, że chyba mam jakieś pojęcie o tym, jak to powinno wyglądać.

To ciekawe. Zajmuje się pan budżetem Budki Suflera?
– Nie, nie, broń Boże! Tym się zajmuje Tomek Zeliszewski. On rzeczywiście byłby nieoceniony w komisji skarbu państwa.

Załóżmy, że pan się zdecyduje, wystartuje, zostanie senatorem. Tymi tematami, o których pan mówi – sportem, kulturą – Senat będzie się w sumie zajmował jeden miesiąc swojej kadencji. A pozostaje 3 lata 11 miesięcy.
– Nie ukrywam też, że ja nie mam zamiaru tylko tym się zajmować jako ewentualny senator z województwa z Lublina. Nie ukrywam, że jestem lokalnym patriotą, a Lublin jest straszliwym ugorem, jeżeli chodzi o wszelkiego rodzaju infrastrukturę dla kultury. Nie ma sali widowiskowej, a teatr jest w budowie od 34 lat – tymi rzeczami nikt się kompletnie nie zajmował. Jest jeszcze jedna rzecz, chyba istotna: gdybym kandydował do tego Senatu i zostałbym wybrany, to nie szedłbym tam, żeby się dorobić, to, co mam, mi wystarczy.

Ale etatu pan jeszcze nie ma?
– Nie.

No właśnie. A tu jednak etacik.
– No właśnie nie, bo ja nie byłbym tak zwanym zawodowym parlamentarzystą. Nie mam zamiaru zawieszać mojej działalności muzycznej, choć będziemy ją troszeczkę modyfikować ze względów czysto biologicznych. Jesteśmy w takim wieku, że na wiele rzeczy nie mamy już siły.

Czyli nie będziecie się pokazywali już tylko „za szkłem”, ale jeszcze będziecie grali?
– „Za szkłem” to chciałbym się znaleźć jak najpóźniej.

Podoba się panu zestaw muzyczny, który wspiera PiS w ich kampanii? Soyka, Steczkowska?
– To są moi koledzy i nie pozostaje mi nic innego, jak być zadowolonym, że oni to robią.

A pan by nie chciał jakiegoś hymnu dla PiS napisać?
– Nie, broń Boże! Nigdy w swoim życiu nie pomieszałem spraw zawodowych z prywatnymi. A tego typu decyzja, o ewentualnym kandydowaniu, jest moją jakby całkowicie prywatną decyzją. Pytano mnie: czy Budka Suflera będzie brała w tym udział? Absolutnie nie. Pytano mnie: czy moi synowie będą brali w tym udział? Nie. Zresztą synowie chyba się jakoś angażują w Platformę Obywatelską. To mi odpowiada, bo to są dwa ugrupowania, które mnie interesują.

Miał pan już jakiś epizod czynnego zaangażowania się w politykę? Na przykład w 1989 roku?
– Nie ukrywam, że przełom lat 80. i 90. spędziłem w Stanach. Myśmy tam wtedy byli w sumie przez trzy lata, z bardzo krótkimi przerwami. Siedzieliśmy w Stanach, ponieważ u nas była kiepska sytuacja na rynku, płyty się nie sprzedawały, nie było koncertów.

A w 1981 roku?
– W 1981 dosłownie trzy dni przed stanem wojennym skończyłem płytę. Zajmowałem się muzyką.

Więc siedzi pan sobie teraz w domu i zastanawia się, czy zostać senatorem... Co przemawia na „tak”, a co na „nie”? Zacznijmy od „nie”.
– Głównie to, że polityka w Polsce, oczywiście za sprawą samych polityków, poniosła medialne fiasko. A w końcu polityka być musi i nie może być inaczej. A u nas to się potwornie zdewaluowało. Na całym świecie działania w polityce są jakimś rodzajem nobilitacji, a u nas wręcz przeciwnie, ludzie niczego politykom nie zazdroszczą, bo widzą w tym właściwie chęć uczestniczenia w jakiejś hucpie i zadymie.

Nie bądźmy niesprawiedliwi! Jest pewien podziw w ludziach, ale podziw dotyczy zaradności w wyrywaniu dla siebie.
– Dokładnie tak jest! To jest podziw dla zaradności we wkładaniu we własne kieszenie tych pieniędzy.

A jakie jeszcze ma pan „przeciw”?
– Myślę sobie, że ewentualnie będę kandydował i mogę zostać senatorem i „senator Cugowski” to brzmi mi jakoś tak... umiarkowanie.

Koledzy z zespołu jeszcze się z pana nie śmieją, mówiąc „senatorze”?
– Cha, cha! Trochę!

No bo niech pan sobie wyobrazi taką sytuację: zostaje pan senatorem i dalej, choć rzadziej, koncertujecie. Na koncercie wychodzi konferansjer i mówi: Budka Suflera, a śpiewał będzie senator Cugowski!
– Może tak to nie będzie. My tutaj cały czas rozpatrujemy różne minusy, ale jest pewien plus, o którym sobie myślałem. Nikogo jeszcze z naszej branży nie ma ani w Senacie, ani w Sejmie.

No jak to? Z show-biznesu był Florek.
– Kto?

Florek Sebastian.
– A kto to taki?

Bohater z „Big Brothera”.
– Rozumiem, że to był żart! Ja patrzę z podziwem na lobby filmowe, które...

...załatwiło sobie wszystko, co tylko można.
– No i ja sobie analogicznie pomyślałem, że dlaczego nie można by było na przykład zorganizować takiego małego podateczku od dyskotek, restauracji? Żeby płacili 1,5 procent podatku na muzykę rozrywkową. Bo ci panowie filmowcy wytworzyli nimb sztuki przez duże „S”, że tylko kino jest wielką sztuką, no przecież to jest jakieś nieporozumienie.

I chce pan to nieporozumienie rozszerzyć na muzykę rozrywkową?
– Dlaczego nie? Oczywiście żartuję, ale tak sobie pomyślałem: na czym ma polegać różnica? Dlaczego ma być tylko jakiś podatek na filmy polskie, z których może jeden w roku jest wart obejrzenia? Dlaczego nie mamy płacić na rozwój muzyki rozrywkowej? Żeby sobie Brodka poszła do szkoły muzycznej i zrobiła emisję głosu, żeby jej się głos nie trząsł itd., itd. Mówię zupełnie poważnie, są ludzie niewątpliwie utalentowani, ale mają potworne braki. I ona mogłaby sobie za te pieniądze wziąć lekcje u nauczyciela śpiewu. To naprawdę wcale nie byłoby głupie.

Czyli to jest ewentualne „za”, tak?
– Jeżeli filmowcy mogli doprowadzić do takiej absurdalnej historii, to i my moglibyśmy spróbować czegoś takiego.

Tym bardziej że oni mieli wicemarszałka Senatu Kazimierza Kutza.
– Ja takimi prostymi sposobami myślę i może mnie też coś takiego by się udało? Wie pan, jak moi koledzy z branży byliby mi wdzięczni? Że można mieć za nic parę złotych i jeszcze byśmy na przykład z Markowskim i paroma innymi dzielili te pieniądze...

Wtedy mielibyście we mnie wielkiego przeciwnika.
– Oczywiście żartuję, ale sam pan doskonale wie, że ten pomysł z kinem jest absurdalny.

Jaki jest pana osobisty stosunek do homoseksualizmu, transwestytyzmu?
– Jeżeli to nie jest coś, co mnie atakuje, to...

„Atakuje”, czyli że ktoś pana podrywa?
– Nie, na szczęście nie jestem w typie. Myślę, że natrętne uzewnętrznianie tego jest, umówmy się, niepotrzebne. Nie mam zamiaru zastanawiać się nad tym, czy decyzja prezydenta Kaczyńskiego w Warszawie była słuszna, czy nie...

A może powinien się pan nad tym zastanawiać?
– Powiem tak: ze względu na demokrację to była decyzja niesłuszna, natomiast jeżeli mielibyśmy dopuścić do takich sytuacji, jakie obserwujemy na paradach gejów i lesbijek na przykład w Berlinie, to ja bym tak też nie chciał. Nie wiem, czy jest jakiś złoty środek. Mam kilku znajomych, bliższych i dalszych, którzy są homoseksualistami, i mnie to absolutnie nie przeszkadza.

To w czym problem?
– W niczym. Natomiast uważam, że nie należy robić z tego ostentacji, bo to jest niepotrzebne. Rozdymanie tego problemu w Polsce nie jest tylko walką o równość. Myślę, że Polska jest krajem coraz bardziej...

Coraz bardziej, ale jak „pedał” się znajdzie w nieodpowiednim miejscu, to w gębę dostanie. Panie Krzysztofie, nie oszukujmy się.
– Nigdy w życiu nie widziałem takiej sytuacji. Natomiast według mnie przesadna ostentacja wcale nie załatwia sprawy, mało tego, nie pomaga tej sprawie absolutnie.

A jak u pana jest z dyscypliną? Czy łatwo się pan podporządkowuje cudzym decyzjom?
– Mam kłopoty.

A wie pan, jak to jest w działalności politycznej. Partia wymaga i trzeba być jak partia.
– Myśli pan, że mnie wyrzucą od razu?

Od razu nie, ale będą mieli kłopoty i pan będzie miał kłopoty. Trzeba głosować tak, jak chce partia.
– Nie wiem, jak jest w Senacie, czy tam też obowiązuje...

Czasami partie wprowadzają dyscyplinę głosowania w ważnych sprawach.
– Będę musiał kombinować. Ale wiem, że są na to sposoby, na przykład się nie przychodzi, mówi się, że się jest chorym. Ja z telewizji mam poważne doświadczenia w parlamentaryzmie. Mam cichą nadzieję, że nie będę do tego zmuszony.

A jaki jest pański stosunek do bliźniactwa?
– Chyba dobry, bo jestem Bliźniakiem, zodiakalnym wprawdzie. A z drugiej strony nie znam osobiście braci Kaczyńskich.

Czy podobałoby się panu, gdyby jeden brat był premierem, a drugi prezydentem?
– Myślę, że to chyba byłoby za wiele.

Za dużo dobrego?
– Niech jeden będzie, powiedzmy, prezydentem, a premierem ktoś inny. Jak jest za dużo, to też nie jest dobrze.

Jeśli zdecyduje się pan na kampanię senacką, będzie pan musiał mieć jakieś hasło. Myślał pan o jakimś haśle? „Wygram śpiewająco”?
– Wczoraj moja przyjaciółka poddała mi świetny pomysł. Kiedyś w Zakopanem spotkałem Andrzeja Sikorowskiego i poszliśmy sobie w góry, nie takie duże, bo ja ze względu na problemy ze stawami nie mogę mocno chodzić, ale na taki spacerek. I była tam huśtawka. Było lato. Jestem w krótkich spodniach i mam zdjęcie, jak ja się tak huśtam i nóżkami przebieram. I ona mówi: daj to zdjęcie i podpisz: „Tak was będę bujał”. To rzeczywiście ładne. Prawda?

Z tym hasłem i zdjęciem to by pan nie wygrał.
– Boję się, że nie.

Kandydując, trzeba by jednak jakiś garniturek założyć albo chociaż koszulkę polo, a okulary zdjąć, bo musimy widzieć oczy polityka.
– To kolejny punkt dla mnie bardzo bolesny.

Szczególnie ważne jest zdjęcie okularów, bo musimy widzieć oczy polityka, jeżeli mamy mu zaufać.
– Rzeczywiście ma pan rację. Okulary noszę tylko wtedy, kiedy wykonuję swój zawód muzyka. Więc może mógłbym je nosić też w zawodzie polityka, bo wszyscy się już przyzwyczaili, że ja mam zawodowo okulary. Ale z tymi garniturkami to pan mnie lekko przestraszył. Rzeczywiście jest taki kanon. A ja mam lekką fobię, jeżeli chodzi o garnitury i tego typu przyodziewki.

Może na wiecach przedwyborczych powinien pan występować ubrany po swojemu, ale z asystentem, który wyborcom będzie prezentował garnitur na wieszaku. Żeby się ludność nie bała, że startuje oto człowiek, którego nie stać nawet na garnitur.
– Żeby pokazać, że posiada. Pomysł jest dobry. Te wiece wyborcze to też...

Ale to jak koncert! Trzeba porwać za sobą tłum.
– Ale ja nie umiem opowiadać im koszałków-opałków i tu jest mój bardzo poważny minus. Chociaż w Lublinie te parę rzeczy konkretnych miałbym do powiedzenia.

A przy okazji musiałby pan jeszcze wychrypieć: chcecie nowej Polski? A oni muszą odpowiedzieć: chcemy!
– Nie będę robił jasełek. Wiem, że to wszystko jest jakiś rodzaj teatru, przedstawienia. Jestem totalnie na te rzeczy nieprzygotowany. Ta forma mnie troszkę dziwi. Ale może przestanie.

Może się pan wciągnie. Decyzję podejmie pan 15 lipca?
– Tak.

Na ile procent będzie to decyzja na „tak”, a na ile na „nie”?
– Najlepiej skomentowała to wszystko moja żona. Przyszedłem do domu i mówię: wiesz, jest taka propozycja, a ona na to: może to jest jakiś pomysł. Jak masz siedzieć przy telewizorze i mięsem rzucać w ekran, to powiedz im to prosto w oczy.

Rozmawiał Piotr Najsztub
9 lipca 2005 r.

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Edipresse Polska S.A. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Brak opinii.