Dlaczego tak późno odszedł pan z polityki?
– Chce pan sprostać wizerunkowi przekornego dziennikarza i dlatego pada pytanie całkowicie odwrotne...
Przeczytałem po prostu wszystkie pana wypowiedzi po odejściu i to, co pan mówił złego o polskiej polityce, kazało mi zadać takie właśnie pytanie.
– Jestem miłośnikiem polityki w bardzo klasycznym znaczeniu. Po pierwsze, polityka – czy zajmowanie się sprawami publicznymi – jest najszlachetniejszym powołaniem wolnego człowieka i życie ludzkie jest niepełne, jeżeli temu powołaniu nie spróbować w jakikolwiek sposób sprostać. Po drugie, uczestnictwo w polityce jest czymś pasjonującym i sensownym. I przez dwadzieścia parę lat nadawało sens mojemu życiu.
Ale, panie pośle, że się tak będę przekornie do pana zwracał...
– Może pan mówić „były” albo „emerytowany”, albo „przerwany”.
Dobrze, panie pośle przerwany, w skrócie „pp”, ale przez tych kilkanaście lat, które pan spędził w polityce, sporą część poświęcił pan temu, żeby pańska partia odniosła sukces wyborczy i miała jak najwięcej władzy. Poświęcał pan swój czas płytkim utarczkom, pyskówkom, o których sam pan mówi ostatnio z pogardą.
– W zasadzie od jakichś 10 lat starałem się nie wchodzić w drobne utarczki, odmawiałem udziału w rozmaitych intrygach, które się wokół mnie toczyły. Mój problem z polityką polega na tym, czy te koszty, których ponoszenia odmawiałem od dłuższego czasu, warto płacić, czy też nie. Na razie sobie odpowiedziałem, że nie warto.
Panie „pp”, przeczytałem, że nie chce się dziś panu obserwować polityki polegającej na tym, że pan Iksiński coś powie, pan Igrekowski mu odpowie itd. A ja pamiętam pana komentarze na temat Iksińskiego lub Igrekowskiego.
– Do pewnego momentu tak było, a potem ewidentnie zacząłem wypadać z roli i kiedy 50 razy byłem proszony o to, ażeby wejść w jakąś utarczkę – czy to przez dziennikarzy, czy przez kolegów partyjnych – to mówiłem „nie” albo robiłem to z jakąś potworną- niechęcią, zachowując się z dystansem.
Co było odbierane jako pycha Jana Rokity, który nie chce się zniżyć do tego, w czym się babrzą jego koledzy.
– To można tak nazwać złośliwie, ale to jest w istocie pragnienie zajmowania się rzeczami wielkimi. Życzę każdemu takiej miłości własnej.
Teraz się pan jakąś rzeczą wielką zajmuje?
– Na razie poszukuję nowego sensu życia. Zadałem sobie pytanie, czemu mężczyzna pod pięćdziesiątkę, w momencie gdy zmienił swoje życie w sposób zasadniczy, powinien poświęcić dalsze życie. I na razie nie mam dobrych odpowiedzi.
Wystąpił u pana syndrom odstawienia po przerwaniu przeszło 20‑letniego politykowania?
– Z pewnością. Nie bolałem jednak z powodu przerwanych kontaktów i aktywności, bo przecież to ja sam swoją wolną decyzją je przerwałem. Moja miłosna przygoda z polityką ma ten szczególny i w jakiejś mierze wyjątkowy walor, że zazwyczaj to polityka zrywa ze swoimi kochankami, a oni sami z nią rzadko. Natomiast ja z pełną premedytacją po bardzo krótkim namyśle powiedziałem: „Idź precz i nie wracaj”. Syndrom odstawienia w moim przypadku nie był traumą, lecz dumą.
A doznania organoleptyczne? W jednej chwili dni stały się puste, bo niewypełnione polityką. Nie pojawił się niepokój?
– Nie, bo miałem straszliwą ilość zaległych spraw, które mnie zaabsorbowały. Najpierw sławetny remont mieszkania. Potem nowa samoorganizacja życia, bo na przykład zacząłem żyć po raz pierwszy od niemal „dzieciństwa” bez biur, bez sekretarek.
Nie potrafię sobie tego wyobrazić.
– Pewnie rok temu też bym nie potrafił. A to jest pozytywne doświadczenie, które na przykład kazało mi kupić komputer, nauczyć się go obsługiwać.