Strona główna > Ludzie > Rozmowy Przekroju > Co z Niego pamiętamy? - Mówią świadkowie świętości Jana Pawła II
30.03.2006
Co z Niego pamiętamy? - Mówią świadkowie świętości Jana Pawła II

Rozmawiał Krzysztof Tadej

Ksiądz kardynał Stanisław Dziwisz - Jan Paweł II był święty!

1957 roku ksiądz kardynał rozpoczął naukę na pierwszym roku w seminarium duchownym w Krakowie. Jednym z wykładowców był ksiądz profesor Karol Wojtyła. Czy już wtedy zdecydowanie wyróżniał się wśród innych profesorów? Czy już w tym czasie ksiądz odnosił wrażenie, że to niezwykły człowiek?
– Na pierwszym roku krakowskiego seminarium ksiądz profesor Karol Wojtyła wykładał Wstęp do filozofii. Słuchaliśmy go, obserwowaliśmy i faktycznie już wtedy widzieliśmy, że to ktoś wyjątkowy, że to ktoś wybitny. Podczas wykładów był bardzo pogodny i radosny. Natomiast w czasie przerw szedł do kaplicy, gdzie z wielką gorliwością się modlił. Dlatego kiedy przypominam sobie tamten okres, to przede wszystkim widzę księdza profesora Karola Wojtyłę na kolanach, w kaplicy, przed Panem Bogiem... Jak on się modlił! On był zanurzony całym sobą w Panu Bogu. To naprawdę robiło ogromne wrażenie na nas wszystkich. (...)
Jego świętość nie pojawiła się nagle. Nie ujawniła się dopiero w czasie pontyfikatu, czyli gdy został papieżem. On już wcześniej był święty! I niósł tę świętość przez cały pontyfikat. Owa świętość była widoczna na każdym etapie jego życia: w seminarium, wikariacie w Niegowici oraz gdy był profesorem, biskupem, arcybiskupem, kardynałem i papieżem. Była też widoczna, gdy jako młodzieniec pracował w krakowskiej fabryce Solvay. W czasie przerw w pracy czytał i rozważał „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny” świętego Ludwika Marii Grignion de Montfort. Koledzy Karola Wojtyły zwracali uwagę na jego wyjątkową pobożność. W 1966 roku pani Karolina Biedrzycka zebrała wzruszające wspomnienia pracowników o Karolu Wojtyle. Przytoczę dla przykładu dwie krótkie wypowiedzi. Pan Józef Palacz, pomocnik maszynisty, mówił: „Karol Wojtyła był bardzo pobożny. Nie ukrywał tego przed nikim. (...) Spotkałem go na zakładzie. Była dwunasta godzina. Dzwoniono na Anioł Pański. Dzwonek usłyszał, wiadra położył, przeżegnał się i modlił. Potem wstał i poszedł dalej. Nie krępował się przed nikim”. Z kolei inny pracownik, pan Jan Wilk, wyznał: „Biednie chodził ubrany, w drelichach i drewniakach. Pracował na trzy zmiany. Nosił w wiadrach sodę lub kaustyk. Pewnego razu, podczas pracy na zmianie nocnej, poszedłem na górę (...). Nie było go. Może się zdrzemnął – pomyślałem. Wychodzę więc na górę i patrzę. Klęczy i modli się. Cofnąłem się”.
Widzimy więc, iż modlitwa, czyli intymna rozmowa z Panem Bogiem, od początku była jego życiem. I tak pozostało do ostatnich dni.

Ten blask świętości był szczególnie widoczny w czasie ponad 26 lat pontyfikatu. Wielkiego pontyfikatu.
– Tak. Myślę, że Ojciec Święty zawsze, każdego dnia, miał w swoim sercu dwie wielkie miłości: miłość Pana Boga i miłość człowieka. Z tym szedł przez całe życie. Z tym poszedł do Domu Ojca. Ojciec Święty był człowiekiem wielkiej modlitwy. Na modlitwę miał zawsze czas. Dlatego cała jego siła wynikała z modlitwy! I całe jego uporządkowanie również wynikało z modlitwy.
Codziennie rano odprawiał mszę świętą. Nigdy nie opuścił modlitwy brewiarzowej, czytań duchownych oraz różańca świętego. Nigdy nie dyspensował się od modlitwy. A gdy był już bardzo, bardzo zmęczony, na przykład podczas pielgrzymek, to modlił się również w nocy. (…)

Wiele osób podkreśla również, że w dniach przed konklawe [w 1978 roku – przyp. red.] kardynał Wojtyła był wyjątkowo poważny, inny niż zwykle.
– Ja nie odniosłem takiego wrażenia, gdyż kardynał Karol Wojtyła był zawsze poważny. Można było z nim oczywiście swobodnie porozmawiać, ale zawsze biła od niego swoista powaga.

Był poważny, ale miał poczucie humoru…
– Miał wielkie poczucie humoru i lubił się śmiać. Ale – i to było jego cechą charakterystyczną – nigdy nie żartował z drugiego człowieka. Jeśli ktoś tak czynił w jego obecności, to on nigdy się wówczas nie śmiał. Nie śmiał się, gdyż nie chciał zrobić przykrości temuż człowiekowi. (…)

Jan Paweł II zmienił wtedy Polskę [w 1979 roku], tak jak zmieniał inne kraje podczas swoich pielgrzymek.
– On podczas wszystkich pielgrzymek bronił godności człowieka, bronił jego wolności. Upominał się o prawa człowieka, a zwłaszcza prawo do wolności religijnej. I ludzie przestawali się bać. Podnieśli głowy. Przebudzili się. Myślę, że szczególnie po wizytach Ojca Świętego w krajach, gdzie panowała dyktatura, słowa o godności każdego człowieka najmocniej zostawały w ludzkich sercach. Polska po tamtej pielgrzymce też stała się już inną Polską. (…)

Jak Jan Paweł II zareagował na wprowadzenie stanu wojennego w Polsce?
– To był dla Ojca Świętego wstrząs. Bardzo chciał, żeby Polska wyszła z tego kryzysu politycznego, ale i kryzysu moralnego. Pamiętam szczególnie jedno zdarzenie, które oddaje stosunek Ojca Świętego do wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Pamiętam, gdy polska delegacja przybyła do Watykanu na uroczystość kanonizacyjną ojca Maksymiliana Marii Kolbego, gdy Ojciec Święty – a była to jedna z niewielu chwil, gdy Ojciec Święty podniósł głos – powiedział bardzo mocno: „Wprowadzenie stanu wojennego to obraza mojego narodu!”. (...)

Jak wyglądał dzień Ojca Świętego?
– Każdy dzień był inny, bo inni byli goście, inne wydarzenia. Ale każdy dzień był zarazem podobny, dokładnie zaplanowany i uporządkowany. Praca, modlitwa i spotkania odbywały się według ustalonego planu. Ojciec Święty wstawał wcześnie rano. Po porannej toalecie odprawiał mszę świętą. Oprócz najbliższych współpracowników do prywatnej kaplicy Ojca Świętego zapraszanych było około 20 osób. Byli to nie tylko księża i zakonnicy, ale również osoby świeckie. Po mszy świętej goście podchodzili do Ojca Świętego i mieli możliwość krótkiej rozmowy. W ostatnich latach msza święta odprawiana była około godziny 8. Potem było śniadanie, a po nim Ojciec Święty modlił się w kaplicy. Po modlitwie Ojciec Święty intensywnie pracował – przygotowywał dokumenty i przemówienia. O godzinie 11 rozpoczynały się zwykle oficjalne audiencje. Ojciec Święty spotykał się z politykami, dyplomatami i zaproszonymi gośćmi z całego świata. Około godziny 13 Jan Paweł II jadł obiad, na który również zapraszał gości. W obiadach z Papieżem uczestniczyli nie tylko jego współpracownicy z różnych watykańskich kongregacji, ale także księża z innych krajów. Bardzo często zapraszani byli również znajomi Ojca Świętego z czasów krakowskich. Po obiedzie był czas na odpoczynek, ale niemal zawsze był on wypełniony modlitwą. Od godziny 15 do 18 Ojciec Święty spotykał się z prefektami różnych kongregacji. Omawiał różne problemy. Podejmował decyzje w wielu sprawach, między innymi personalnych. O godzinie 19 jadł kolację, również w gronie zaproszonych osób. Potem modlił się i czytał. Dzień Ojca Świętego kończył się około 23. W wolnych chwilach, gdy nie było tylu spotkań czy przygotowania dokumentów, Ojciec Święty intensywnie się modlił. (...)

Papież bardzo dużo modlił się za konkretnych ludzi. Ludzi chorych, ludzi w trudnej sytuacji...
– W swej codziennej modlitwie pamiętał o poszczególnych krajach, a także o konkretnych ludziach. Zwłaszcza ludziach chorych. Widziałem skuteczność tej modlitwy. Widziałem ją na przykład w modlitwach za małżeństwa, które nie miały potomstwa. Bardzo często dzieci rodziły się właśnie po modlitwie Ojca Świętego. Tym wszystkim ludziom proszącym o modlitwę, chorym, cierpiącym pomagaliśmy spotkać się z Ojcem Świętym. Te prośby o modlitwę za konkretnych ludzi były traktowane z wielką powagą. Jakże wielu ludzi skorzystało z tego daru. To były przecież setki, wręcz tysiące osób.

Ojciec Święty modlił się za ludzi z całego świata...
– Tak, zarówno za narody, jak i konkretne osoby. Nieważne oczywiście było pochodzenie, zawód, stanowisko. Zawsze ważny był człowiek. Charakterystyczne podczas audiencji, pielgrzymek i spotkań było to, że On nigdy nie patrzył na tłum. Zawsze szukał konkretnego człowieka. Nawet jeśli ten człowiek stał w tłumie. Zresztą, mówiąc szczerze, nie lubił słowa „tłum”. Zawsze ważna była konkretna osoba. Zawsze było ważne dobro człowieka. Szczególnie chorego, cierpiącego, samotnego, biednego... (...)

Czy w czasie pontyfikatu Jana Pawła II miały miejsce jakieś cudowne zdarzenia, na przykład uzdrowienia? Czy ksiądz kardynał zapisywał sobie takie przypadki?
– Takie wydarzenia miały miejsce. Ja ich nie zapisywałem. Pamiętam na przykład, że kiedyś zrozpaczeni rodzice chorego chłopca z Wielkiej Brytanii wysłali do Ojca Świętego telegram z prośbą o modlitwę. Ich syn był bardzo chory, wręcz umierający, a lekarze nie dawali żadnych szans na wyzdrowienie. Daliśmy ten telegram Ojcu Świętemu i Papież modlił się za tego chłopca w prywatnej kaplicy. Po jakimś czasie dostaliśmy od rodziców chłopca list, w którym napisali, że nastąpił cud i że ich syn jest już zdrowy. W liście tym podali dokładną datę i godzinę uzdrowienia. Okazało się, iż stało się to właśnie wtedy, gdy Ojciec Święty modlił się w tej intencji. (…)

Szczególnym przeżyciem dla całego świata był dzień, w którym po raz ostatni publicznie Jan Paweł II pojawił się w oknie swojego apartamentu (...), starał się coś powiedzieć, ale nie mógł mówić. Nie powiedział ani jednego zrozumiałego słowa...
– Ojciec Święty przeżył to bardzo. Bardzo przeżył to, że nie miał bezpośredniego kontaktu z wiernymi. Wcześniej, rano, mówił, wypowiadał słowa dość wyraźnie. Przed modlitwą odbyła się próba głosu. A potem w oknie nie mógł wypowiedzieć z przejęcia i wzruszenia ani jednego słowa. Powiedział potem do mnie: „Może lepiej, żebym umarł, jeśli nie mogę spełniać powierzonej mi misji, jeśli nie mogę kontaktować się z wiernymi”. Lecz za chwilę dodał: „Niech się spełni wola Twoja. Totus Tuus”. Czyli jestem cały Twój. (...) Warto podkreślić, że Jan Paweł II nigdy się nie skarżył, że chorował, że cierpiał, że musiał znosić to fizyczne ograniczenie. Nigdy nie słyszałem ani jednego słowa skargi czy żalu. (…)

Jak wyglądał ostatni dzień życia Jana Pawła II?
– W tym ostatnim dniu, 2 kwietnia 2005 roku, Ojciec Święty miał pełną świadomość i ogromny spokój. Przychodziło do niego wielu ludzi. Był sekretarz stanu Angelo Sodano. Przybył kardynał Ratzinger. Zapraszaliśmy go zawsze, bo był wtedy dziekanem Kolegium Kardynalskiego. Przychodzili urzędnicy kurialni. Przychodzili także w tym ostatnim dniu ludzie prości. Ludzie, którzy sprzątali dom, rozmaite służby. Oni byli bardzo przywiązani do Ojca Świętego. Przychodzili więc, aby się pożegnać. To było bardzo wzruszające. Wszyscy wiedzieliśmy, że odchodzi do Pana. Ojciec Święty przeżywał to z ogromnym spokojem. Będąc zawsze zatopionym w Panu Bogu, tak też przeszedł do wieczności. Nie było wtedy żadnego momentu dramatycznego. Spokój. Tylko wielki spokój. I to Jan Paweł II wprowadził ten wielki spokój. On wiedział, ze idzie do Pana. (…)

Jakie więc były ostatnie słowa Jana Pawła II?
– Po południu lekarze chcieli jeszcze spróbować w jakiś sposób pomóc Ojcu Świętemu. Ale widzieliśmy, że już zbliża się godzina śmierci. Około 17 Ojciec Święty dał znak ręką i wyszeptał: „Pozwólcie mi odejść do Pana”. Dodał także słowa, z którymi szedł przez cały życie: „Totus Tuus” – cały Twój.



  • Ksiądz arcybiskup Edward Nowak - Niezwykła pokora to świadectwo jego świętości

Od 1990 roku pracuje ksiądz arcybiskup w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. To Kongregacja, której pracą w szczególny, wyjątkowy sposób zainteresowany był Jan Paweł II. (...) Co poprzez tak liczne beatyfikacje i kanonizacje chciał powiedzieć światu Jan Paweł II?
– Kościół wzywa ludzi, by byli nie tylko ludźmi dobrymi, bardziej życzliwymi, pomagającymi sobie wzajemnie. Kościół głosi świętość! A świętość to doskonałość. Każdy otrzymał powołanie do świętości. To jest zadanie do zrealizowania dla każdego z nas. Od razu trzeba zastrzec, że święty to nie ktoś, kto jest oderwany od rzeczywistości, od problemów codziennego życia. To nie ideał od urodzenia do śmierci przez 24 godziny na dobę. Świętość realizuje się poprzez przekraczanie samego siebie, swoich słabości, swoich grzechów. Ta świętość urzeczywistnia się w kontakcie z innymi ludźmi, w kontakcie z rzeczywistością. I to jest właśnie przesłanie, które chciał nam przekazać Jan Paweł II. Starajmy się dążyć do doskonałości, bądźmy blisko Pana Boga, tak blisko, jak to tylko możliwe. Kanonizacje i beatyfikacje świadczą o tym, że jest to możliwe. Wyniesieni na ołtarze to osoby z różnych krajów, różnych narodowości. Osoby, które wykonywały różne zawody. O świętości nie decyduje wykształcenie czy warunki materialne, w jakich ktoś żył. Ważne jest bowiem to, jak się żyje. Ważna jest jakość własnego życia
Kiedyś procedury uznawania kogoś przez Kościół za osobę świętą były skomplikowane i długotrwałe. Podczas Soboru Watykańskiego II uznano, że trzeba je skrócić, zachowując istotne elementy. Osoba uznana za świętą to osoba, którą mamy naśladować, mamy żyć dobrze jak ona. Trudno byłoby naśladować kogoś, kto żył kilka wieków wcześniej, w innej rzeczywistości. Jan Paweł II zdawał sobie z tego sprawę i, jak sądzę, dlatego tak bardzo interesował się naszymi pracami i dawał konkretne wskazówki i zalecenia.

Na przykład?
– Ojciec Święty często mówił, że większość wierzących żyje w małżeństwie w związkach sakramentalnych. Dlaczego więc wśród osób beatyfikowanych czy kanonizowanych jest tak mało małżonków? Czy nie ma odpowiednich kandydatów? Oczywiście takie osoby były i po dokładnym zbadaniu konkretnych przypadków tak właśnie się stało. Jan Paweł II podkreślał, że jeśli chcemy prowadzić ludzi do świętości, to musimy pokazać postacie, które zrealizowały świętość w swoim życiu. A świętość w małżeństwie jest możliwa. Tę świętość już osiągnęły konkretne osoby. Jan Paweł II często mówił o ludziach świeckich. W poprzednich wiekach, dziesięcioleciach w ogromnej większości wynoszono na ołtarze ludzi duchownych. A Papież wracał do świeckich, bo wiedział, że wśród nich jest również wiele wspaniałych, świetnych postaci. Każda beatyfikacja i kanonizacja w jakimś sensie promuje zakon, zgromadzenie. Dlatego przedstawiciele danego zgromadzenia ze szczególną troską zajmowali się i zajmują przedstawianiem odpowiednich kandydatów do uznania ich za osoby święte. Nie ma w tym nic złego. Jan Paweł II, kiedy rozmawialiśmy na ten temat, podkreślał, że osoby świeckie nie mają takiego zaplecza, które by o to dbało. A często zasługują na pokazanie całemu społeczeństwu ich świętego życia. (...)

Czy rozmawiając z Janem Pawłem II, myślał ksiądz o Papieżu: „To święty!”? Obserwował ksiądz działalność Papieża, słyszał o licznych cudach, które dokonywały się, gdy żył. Rozmawiał ksiądz o tym z Janem Pawłem II?
– Nie miałem śmiałości o tym rozmawiać. Już w samym zwrocie „Ojciec Święty” zawarta jest świętość następcy świętego Piotra. Ale gdybym tak powiedział, to chyba by mnie pobił (śmiech).
Jan Paweł II był człowiekiem niezwykle pokornym. Widział odległość swojego człowieczeństwa do Pana Boga. A to jest upodobnienie do Chrystusa, do Boga. Jeśli człowiek święty ma to poczucie odległości i słabości, i kruchości, to zbliża go to do Chrystusa. Człowiek rzeczywiście święty ma ogromne wyczucie tej wielkiej odległości. Najwięksi święci określali się, że są największymi grzesznikami. Pokora, niezwykła pokora Jana Pawła II, to również świadectwo jego świętości.


  • Ojciec Jan Góra OP – dominikanin, doktor teologii, duszpasterz młodzieży. Jeden z najbardziej znanych zakonników w Polsce. Założyciel ośrodków dla młodzieży w Lednicy, Hermanicach i Jamnej - Jan Paweł II ocalił mi życie!

Na czym polegał fenomen kontaktów Jana Pawła II z młodzieżą? (...)
– Młodzież zawsze była siłą Jana Pawła II. On się jej nie podlizywał, nie schlebiał, nie kokietował, ale stawiał wymagania. Zachowywał się trochę tak, jakby chciał młodzież zniechęcić. Mówił o trudnej drodze życia, ale od razu dodawał, że to piękna droga. To droga, którą warto iść do Pana Boga.
Ojciec Święty kochał młodych ludzi i miał do nich zaufanie. Mówił, że mają być odpowiedzialni za obecność Boga w przyszłym pokoleniu. Nie mówił, jak mają to zrobić; to zostawiał ich inteligencji. Często powtarzał, że muszą zadbać o to, aby Chrystus był obecny w nich oraz w ich poczynaniach. Nie bał się młodych ludzi, nie kupował tanio młodzieży. Szedł do nich i głosił, jaka jest prawda. Podkreślał, że Bóg ich kocha i że każdy z nich jest cenny w oczach Boga. Traktował ich bardzo poważnie – wyznaczał im zadania i oni je realizowali. I to było genialne! (...)
Moim zdaniem 2 kwietnia 2005 roku o godzinie 21.37 Jan Paweł II wszedł w nową przestrzeń. To przestrzeń świętych obcowania i zmartwychwstania. I ta przestrzeń jest bardzo realna. Na przykład codziennie rozmawiam z Papieżem. On dla mnie istnieje jeszcze bardziej intensywnie niż w czasie ziemskiego życia. Odprawiam z nim codziennie mszę świętą rano i wieczorem, mając głowę przy poduszce, mówię do niego: „Przecież Ty mnie nie opuścisz! Przecież nie zostawisz mnie samego z tym wszystkim! Nie zostawisz mnie z tym, co rozkręciłem dzięki Twojemu błogosławieństwu”. I ten kontakt daje mi siłę i spokój. To daje mi pewność. Ten nowy sposób istnienia Jana Pawła II jest dla mnie i innych osób wcale nie mniej realny niż ten, który był przez lata; jest on równie piękny. Kiedy jego ludzkie ciało oddaliśmy ziemi na przechowanie, to był to akt nie tyle żałoby, ile wierności. I dziś ten nasz z nim kontakt jest sposobem wierności wobec Ojca Świętego. (...)
Jan Paweł II ocalił mi życie! On dał mi scenariusz na życie kapłana, zakonnika i duszpasterza. Może jestem trochę niezrównoważony, ale uważałem, że dotknąłem czegoś wielkiego i nieprzeciętnego. Teraz, gdy oglądam filmy o Papieżu, to tylko wzruszam ramionami i mówię: Jakie to płytkie. Bo przecież to była niesamowita osobowość! To był człowiek wielkiego wymiaru! To był święty!

W czym szczególnie przejawiała się ta świętość Jana Pawła II?
– Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo trudno ją opisać. Jan Paweł II był człowiekiem wielowymiarowym i wszystko mnie w nim zachwycało. Chociażby w tym, że patrzył ludziom w oczy. Widział twarz drugiego człowieka. Cały koncentrował się na patrzeniu ludziom w oczy. Twarz drugiego człowieka była dla niego wyzwaniem. To było niesamowite!
Poza tym on się nie ukrywał. Szedł do ludzi. Miał taką moc Chrystusa w sobie, miał inicjatywę miłości do całego świata. Był w tak wielu sprawach pierwszy – nie można go było wyprzedzić w różnych inicjatywach. Gdy na przykład zacząłem opowiadać o pomyśle spotkań młodzieży w Lednicy, on od razu wiedział, o co chodzi. Niepotrzebne były szczegółowe wyjaśnienia. Młodzież pamięta go jako staruszka na wózku. Mój Boże! Przecież to był turysta, sportowiec, poeta, mówca, filozof, kapłan, prorok, myśliciel, pisarz.
Był napełniony Bogiem, Jego miłością. I prowadził ludzi do Boga. Poza tym na przykład pięknie mówił. Jak on mówił! Kiedyś byłem w Bazylice Świętego Piotra. Było wielu księży, a Papież powiedział do kapłanów swoim niskim, pięknym głosem jedno zdanie: „Światu potrzeba kapłanów”, po czym podniósł głos o oktawę i mocnym, zdecydowanym głosem dodał: „Bo światu potrzeba Chrystusa!”. I księża oszaleli! Zaczęli bić brawa, podskakiwać. Zachowywali się tak, jakby nigdy wcześniej tego nie słyszeli. Jaką moc trzeba mieć, aby podnieść głos i z taką siłą powiedzieć słowa, które nawet starzy księża odebrali tak, jakby słyszeli pierwszy raz. Wtedy widziałem, jak wiele znaczą Jego słowa.
(...) Poza tym o Jego świętości świadczy Jego codzienne życie i wielka skromność.

Skromność dotycząca zachowań czy skromność materialna?
– Nikt nie chciał mi uwierzyć, że Papież żyje tak skromnie. Na przykład potrawy na papieskim stole były tak skromne, że wielokrotnie lepsze i bardziej wyszukane można znaleźć w moim klasztorze Dominikanów w Poznaniu. Na papieskim stole dominowały polskie potrawy – rosół z kluseczkami, jakiś kotlet, rozdrobnione ziemniaki z pietruszką. Smacznie, ale skromnie. Jedynym szaleństwem było pół kieliszka wina, ale w ostatnich latach pontyfikatu nawet tego Papież nie pił. Jego osobiste apartamenty urządzone były również skromnie. Nic prawie nie miał, oprócz rzeczy osobistego użytku. Bardzo mi to imponowało. (...)
Nie chciałbym teraz, aby młodzież tylko mówiła o Janie Pawle II słowami Gombrowicza, że wielkim Polakiem był! Trzeba wielkiego wysiłku, aby pokazać tę wielką miłość i zamienić ją na czyny, na codzienne życie. Trzeba wysiłku, aby tę wielką miłość Ojca Świętego do Boga, do człowieka, do świata zrozumieć i próbować ją naśladować. Jeśli tak się stanie, to będzie cud. Myślę, że dzięki Janowi Pawłowi II tak się stanie. Przecież dzięki niemu już za jego życia wydarzyło się tak wiele cudów.


  • Jerzy Kluger – przyjaciel Jana Pawła II. Kolega z klasy Karola Wojtyły. Inżynier, biznesmen. W trakcie pontyfikatu służył Papieżowi pomocą w czasie rozmów dyplomatycznych z Izraelem, a także w czasie przygotowań do historycznej wizyty Jana Pawła II w rzymskiej synagodze 15 kwietnia 1986 roku - Od Lolka do świętego


Rozmawiał Pan wtedy [w dzieciństwie] z młodym Karolem o sprawach wiary, o modlitwie?
– Naturalnie. Rozmawialiśmy o tym. Lolek na przykład pierwszy raz w życiu był w synagodze w Wadowicach, a nie, jak to się często podaje, w Rzymie. Jego wizyta związana była z niezwykle ważnym wydarzeniem. Po raz pierwszy bowiem w wadowickiej synagodze śpiewał modlitwy słynny tenor Mosze Kusewicki. Po wojnie zrobił światową karierę, ale już wtedy to była sensacja! Mój ojciec zaprosił kilku wybitnych obywateli Wadowic, a ja Lolka. Z wielkim przejęciem słuchał tych modlitw. Był zachwycony i wzruszony. Kilkakrotnie wspominał to wydarzenie.
Podobnie jak ja wspominałem moją pierwsza wizytę w kościele. To było wtedy, gdy zdawaliśmy z Lolkiem do gimnazjum. Kiedy dowiedziałem się, że zdaliśmy, chciałem jak najszybciej przekazać mu tę wiadomość. Był wtedy w kościele, służył do mszy świętej. Gdy wpadłem do kościoła, on dał mi znak, żebym zaczekał. Po jakiejś chwili podeszła do mnie jakaś starsza kobieta i spytała: „Czy ty jesteś synem doktora Klugera?”. Odpowiedziałem, że tak. „To co ty robisz w kościele?” – pytała dalej. Nic nie odpowiedziałem. Potem Lolek pytał się: „Co ta baba chciała od ciebie?”. Opowiedziałem mu o jej pytaniach. A on wtedy powiedział: „To ona nie wie, że my jesteśmy dziećmi jednego Boga?”.

O czym jeszcze pan rozmawiał z Ojcem Świętym oprócz wspomnień z dzieciństwa?
– Nie o interesach, niestety... (śmiech). On nie miał do tego głowy. Kursy walut, ceny nieruchomości nie interesowały go. Przez grzeczność pytał o moją firmę, ale odpowiedzi raczej nie słuchał.
Rozmawialiśmy z Papieżem na przykład o Adamie Małyszu. (...) To był Papież uśmiechu. Ale nie należało szarżować z żartami, bo miał błyskawiczne i niezwykle celne riposty.
Oczywiście rozmowy nie dotyczyły tylko wspomnień i zabawnych zdarzeń. Muszę przyznać, że najbardziej zaskakiwało mnie to, że Lolek, gdy został Papieżem, nic nie zmienił. Był człowiekiem, który zanim coś powiedział, to się dobrze zastanowił. On nie mówił po to, żeby tylko mówić. Jeśli rozmawialiśmy o poważnych sprawach, to nie mogło być przy nim pustego gadania. (...)

Czy pana zdaniem Jan Paweł II był święty?
– Naturalnie. To jest oczywiste! Kościół powinien ogłosić go świętym. O tym nie powinno się dyskutować. Któż bowiem, jak nie on, zrobił tak wiele dla pogłębienia życia religijnego, dla ekumenizmu, dla podniesienia poziomu moralnego świata?

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Edipresse Polska S.A. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

2008.06.13 14:21

Papież - nasz Papież, wielki człowiek, wiele zrobił, wielu uzdrowił, święty, wielki, cudowny, wspaniały... dzięki niemu wiemy że trzeba byc dobrym ,że Żyd też człowiek, bez niego to...

Wszystkie