Strona główna > Ludzie > Rozmowy Przekroju > Świat ma kobiety w nosie
28.08.2006
Świat ma kobiety w nosie

rozmawia Justyna Sobolewska

Kogo obchodzi bunt dorosłej kobiety? – zastanawia się pisarka Hanna Samson w swoich książkach i w rozmowie z „Przekrojem”.

Stworzyła pani nietypową dla polskiej literatury kobiecej bohaterkę: silną, dojrzałą, która wie, czego chce, dyktuje mężczyznom warunki i lubi seks.
– Literatura kobieca infantylizuje kobiety. Pokazuje zazwyczaj nieporadną, naiwną istotę, taką „Anię z Zielonego Wzgórza”, która już trochę podrosła i boryka się ze światem, a w nagrodę na końcu czeka na nią przystań – mężczyzna. Kobiety, czytając taką literaturę, uciekają w krainę marzeń, ale w życiu zakasujemy rękawy i stoimy mocno na nogach. Bo musimy. Moje obydwie książki to czysta groteska, ale bohaterka „Wojny żeńsko-męskiej i przeciwko światu” i „Pokoju żeńsko-męskiego na chwałę patriarchatu” jest prawdziwa, jak setki innych kobiet próbuje dać sobie radę z życiem. I, co ciekawe, taka normalna i walcząca postać kojarzy się raczej źle, usłyszałam kilkakrotnie: Czemu ona jest taka niesympatyczna? Słodkie i kruche bohaterki są łatwiej akceptowane. Barbara Patrycka nie udaje, że nie zna świata – wie tyle, ile my wszyscy, nie udaje, że nie wie, jak kobieta robi to z mężczyzną.

Pewnie posądzono ją zaraz, że jest rozbuchana seksualnie?
– Ktoś powiedział, że moja bohaterka obsługuje seksualnie mężczyzn, którzy do niej przychodzą. A przecież to ona sobie ich bierze i ma z tego wielką frajdę. Mamy mocno zakodowane w głowie, że to mężczyzna rozdaje karty. Chciałam tę sytuację odwrócić. Zresztą czterech facetów to nie jest przecież powalająca liczba. W wielu książkach pisanych zwykle przez mężczyzn bohater ma cztery partnerki albo więcej i nikt nie ma mu tego za złe. W moich książkach jest dużo seksu, ale rozbrojonego śmiechem. Nie ma w nich nic niestosownego, skoro są dobrze przyjmowane przez pokolenie rodziców moich znajomych, czyli ludzi starszych, oczywiście tych z poczuciem humoru. Na targach książki podszedł do mnie pewien pan, żeby powiedzieć, że dwie kobiety zaimponowały mu swoją odwagą – Simone de Beauvoir i ja.

Kobieca literatura opiera się na schematach i stereotypach, a pani je rozbija.
– Bawiłam się konwencją literatury kobiecej. Zwykle zaczyna się od tego, że bohaterka jest samotna, marzy o miłości, a na końcu ją znajduje. W „Wojnie żeńsko-męskiej...” pojawia się Ogr, sympatyczna postać, i na początku nie wiadomo, że to on będzie tym głównym wybrankiem, ale książka kończy się zgodnie z regułami sztuki. Wiele osób mówiło mi potem, że najfajniejszy jest koniec – happy end, ona i on się odnajdują. I stąd powstała druga książka – „Pokój żeńsko-męski...”, w którym się okazuje, że gdy są razem, to dopiero wtedy zaczynają się kłopoty.

Ogr wie, jak powinna się zachowywać dobra żona?
– Oczywiście, nie on jeden. Zakochał się w Baśce, wiedząc, że ona zajmuje się seksem, że ma Klinikę Prącia, w której potrafi z wielkości organu odczytać charakter osobnika. Ale kiedy stała się jego żoną, zaczęło mu to przeszkadzać. Tak samo jak jej „złote usta” i sława medialna. Oczekiwał, że stopniowo stanie się inną osobą niż ta, w której się zakochał. Najpierw musiała upiec ciasto, a potem zrezygnować z działalności. I coś takiego dzieje się w życiu wielu kobiet. Jest to tak oczywiste, że wręcz niezauważalne, bo kobiety są tak wychowane, mają być miłe i grzeczne, i generalnie spełniać oczekiwania innych. Wiemy, co kobieta powinna robić: kiedy wchodzimy do domu małżeństwa, od razu widać, czy jest dobrą gospodynią, chociaż mieszkają tam obydwoje. To są głęboko zakorzenione stereotypy. A ja nie lubię stereotypów i te książki są skierowane przeciwko nim.

Przeciwko małżeństwu też?
– Skądże! Nie jestem przeciwko związkom, dobrze i ciekawie żyje się w związku, ale w takim, w którym obie osoby są wrażliwe na potrzeby tej drugiej. A nie tam, gdzie jedna strona służy drugiej. To jest wyjaławiające. Pisałam te książki, żeby pokazać, że kobieta to taki sam człowiek, tak samo zamieszkuje w świecie i tak samo widzi, co się dookoła dzieje.

„Pokój żeńsko-męski...” jest też satyrą polityczną.
– Pisałam go jeszcze przed ostatecznym zdobyciem przez PiS większości. Jeszcze pewne rzeczy podlegały dyskusji, jeszcze nikt się nie modlił o deszcz w Sejmie, jak to było kilka dni temu. Mam poczucie, że ktoś nam ciągle zawłaszcza naszą rzeczywistość. W deklaracjach PiS-owskich pojawiały się bliskie mi idee opiekuńczego państwa, solidarności, ale chyba już o nich zapomniano. Jestem za tym, żeby świat był dla wszystkich, także dla tych, którzy sobie gorzej radzą albo są inni, bo niby czemu mają być wykluczeni? Po naszych doświadczeniach z ideologią komunistyczną jest więc dla mnie niewiarygodne, że zgadzamy się na to, co ma miejsce dzisiaj. Dziś strach przyznać się chociażby, że jest się niewierzącym. A religia została zawłaszczona przez jedną opcję. Nie zgadzam się na to, żeby kobiety wciąż nie mogły mówić swoim głosem. Dlaczego ciągle ktoś podejmuje decyzje w naszym imieniu? W poczynaniach PiS łatwo zobaczyć absurdy, ale te absurdy mogą niedługo stać się normą. Czy to nie jest absurdalne, że najważniejszym tematem w naszym kraju jest sprawa gejów? Za chwilę okaże się, że mamy jedną dominującą partię i jeden właściwy sposób istnienia w świecie.

I prezydenta Leppera.
– Bardzo możliwe. Napisałam o tym, dość dawno już, felieton dla „Dziennika” i od razu spadł. Trzy razy próbowałam pisać o panu Lepperze i trzy razy tekst był odrzucany. O kilku innych sprawach też nie mogłam napisać. Ani o ogólnej sytuacji w Polsce, ani o panu Wiecheckim, co żonę lansował. To bardzo szybko idzie. Pojawia się cenzura, a najgorsze, że się na to w pewnym stopniu godzimy i stosujemy autocenzurę. Może dlatego, że przeciwstawiać się PiS, to jakby Panu Bogu się sprzeciwiać?

Te dwie ostatnie książki wydają się napisane przez inną osobę niż autorka bardzo ciekawej skądinąd „Miłości. Reaktywacji”. Jest w nich większy luz i pewność siebie, no i złość.
– Dalej bym pisała takie książki jak „Miłość. Reaktywacja”, gdyby nie tak zwana sprawa Andrzeja. Nagle dorobiono mi nową tożsamość. Stałam się „byłą żoną Andrzeja S. oskarżonego o pedofilię”. Media rozpisywały się na ten temat. To był też jedyny powód, dla którego świat się mną zainteresował. I to mnie wściekło. Chciałam w końcu powiedzieć coś mocno swoim głosem, bo to, co tam popiskiwałam w poprzednich książkach, nikogo nie obchodziło. Czy książki o trudnych relacjach albo o umieraniu mogły konkurować z tak atrakcyjnym tematem jak pedofila? Oczywiście nie. A ja jestem pisarką, a nie byłą żoną, i nie chcę występować w cudzym kontekście, zwłaszcza takim.

Afera stała się doświadczeniem wyzwalającym?
– Przestałam się przejmować odbiorem. Zawsze odczuwałam obciążenie czytelnikiem, chciałam, żeby mu się spodobało, chciałam spełnić jego oczekiwania. Aż zobaczyłam, jak niewiele ode mnie zależy, skoro mogę być sprowadzona do roli byłej żony. Jaki mam wpływ na to, co myślą o mnie inni? Odkryłam, że nie podoba mi się świat i że kobieta jest wiecznie wpychana w jakieś role – świat decyduje za nią. Przez całe życie myślałam, że inni są mądrzejsi, a w tej sytuacji wszystkie autorytety padły, nikt nie umiał się znaleźć. Zostałam zmobingowana w pracy, bo uznano, że mam złe nazwisko. „Chętnie byśmy panią zatrudnili, ale jak wszystko przycichnie” – usłyszałam w innych miejscach. Wszyscy twierdzili, że powinnam się odciąć od Andrzeja. A przecież wtedy wszystko spadłoby na naszą córkę. Zostałaby z tym sama i sama musiałaby się troszczyć o to, gdzie on ma się podziać, jak wyjdzie z więzienia. Na Centralnym?

Pani bohaterka też wypada z obiegu i ociera się o margines.
– Gdyby Patrycka nie wpadła na pomysł felietonu o zależności osobowości od kształtu penisa, toby umarła z głodu. Sama też tego doświadczyłam. Nie miałam pracy, musiałam płacić nie swoje rachunki, gdybym się załamała, nikt by się o mnie nie upomniał, bo bezpieczniej trzymać się z daleka od „byłej żony pedofila”, jak napisała jedna z gazet. „Kogo obchodzi bunt dorosłej kobiety?” – tak napisałam w swojej pierwszej książce. Świat gładko go przełknie. Strasznie łatwo stać się odrzuconym, wykluczonym, wystarczy zbieg niekorzystnych okoliczności. Mężczyzną na marginesie zawsze jakaś kobieta się zaopiekuje, a na kobietę w pewnym wieku pies z kulawą nogą nie spojrzy. A jeżeli ktoś ma ciężko już na starcie życia, to trzeba z tym coś robić. Włączać ludzi z gorszymi szansami, a nie wykluczać. To jest prawdziwy problem, a nie geje. Zawsze jakoś zajmowałam się tymi, którzy mają gorzej – choćby w książkach. A na starość pewnie zostanę działaczką społeczną, bo nie zgadzam się na niesprawiedliwość.

W zakończeniu „Pokoju...” pojawia się wezwanie do działania, pomysł siostrzanej międzynarodówki.
– I tym są te moje dwie ostatnie książki. Uświadomieniem problemu i wezwaniem do działania. Czas coś robić. Patrycka, uciśniona przez PiS, wyjeżdża do Ruandy i tam robi kobiecą rewolucję. Stamtąd nadchodzą do nas ożywcze prądy i powstaniemy! Bo naprawdę nie ma powodu, żeby kobiety żyły w świecie rządzonym przez mężczyzn. I żeby ten świat tak źle wyglądał.

rozmawia Justyna Sobolewska

"Przekrój" 31/2006

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Edipresse Polska S.A. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Brak opinii.