Strona główna > Ludzie > Rozmowy Przekroju > Szym szoł
1.02.2006
Szym szoł

rozmawia Piotr Najsztub

SZYMON MAJEWSKI przyznaje, że za wszelką cenę chce na siebie zwrócić uwagę i nie zawsze daje sobie radę ze swoją nadaktywnością. Na szczęście przy okazji bawi miliony Polaków, którzy w jego satyrycznym programie mogą pośmiać się z tuzów polityki, show-biznesu i z samych siebie.

Piotr Najsztub: Czy coś cię – oczywiście oprócz własnej inteligencji – ogranicza w pracy?
Szymon Majewski: Nie mam jakiegoś uczucia, że czegoś świadomie nie robię, i nikt też do mnie nie dzwoni i nie mówi: tego nie róbmy. Raczej wspólnie siadamy, dyskutujemy: może to zrobić, a to może sobie darować, a tu sprawdzimy, jak daleko można przesunąć jakąś granicę.

Nie kalkulujesz skutków zbyt ostrych żartów?
– Nie, staram się mieć cały czas pełną zabawę i uczucie niczym nieskrępowanej wolności, choć wiem, że mieszkam w Polsce i muszę się liczyć ze specyficznymi ograniczeniami: „bolesną” albo „tragiczną” przeszłością, bolesną teraźniejszością i po prostu niepewną przyszłością, szczególnie jeżeli dotykam tematów społeczno-politycznych, bo w innych sferach mogę się poruszać swobodnie.

Myślisz, że nie ma w Polsce granic dla żartu obyczajowego?
– Zadajesz mi pytania, których ja sobie nigdy nie zadawałem. Z drugiej strony wiem, że w Polsce jest wiele sfer tabu. Nawet śmiesznych. Jednego ostatnio dotknąłem. Wyobraź sobie, że takim tabu jest śmierć jednego z bohaterów popularnego serialu, serialu, który jest fikcją, a życie jego bohaterów zmyślone. Mieliśmy informację, że za dwa miesiące jeden z bohaterów bardzo popularnego serialu ma „umrzeć”. Chcieliśmy w związku z tym zrobić w programie taką zabawę, żeby widzowie, esemesując, wybrali rodzaj uśmiercenia tego bohatera. Mieliśmy różne śmieszne warianty: suchoty, migotanie pępka, choroby, których nie ma. Spotkaliśmy się z osobą, która występowała w tym serialu i była przerażona tym, co my robimy. Powiedziała: przecież on ma w tej zabawie umrzeć, a ja na to: nie ma umrzeć, przecież ten człowiek żyje, on się cieszy dobrym zdrowiem, jest aktorem, zaraz zagra w innym serialu, to jego postać umiera.
Nagle się okazało, że z jednej strony aktorzy ciągle mówią: proszę nas nie utożsamiać z rolami, a jednocześnie na pytanie: „co jesteś taka smutna?”, odpowiadają: „bo mamy żałobę w serialu”. Czyli zawsze można pomyśleć, że jeżeli aktorka w serialu jest w ciąży, to w domu je śledzie, popija kefirem i potem jeszcze obżera się czekoladą i ogórkami. Może się jeszcze okazać, że aktorka będąca w ciąży w serialu nagle dostanie ciąży urojonej – to już jest tak silne przeżywanie.

A jak jest z twoim przeżywaniem własnej roli?
– Na przykład na wręczenie Telekamer postanowiliśmy zrobić rodzaj wygłupu: założyłem białe futro i pojechałem z asystentami z „Rozmów w tłoku” białą limuzyną. Stać nas było na wynajęcie limuzyny tylko w jedną stronę, z powrotem wracaliśmy tramwajem. To było śmieszne. I to są granice gwiazdorstwa w Polsce, limuzyna w jedną stronę. Następnego dnia jakieś gazety pisały, że była prowokacja, że byłem wstawiony i za wszelką cenę chciałem zwrócić na siebie uwagę. To śmieszne, bo pracując w telewizji, radiu, ja ciągle zwracam na siebie uwagę. O to chodzi w moim zawodzie.

Ale czy słusznie zwracasz na siebie naszą uwagę?
– Chcę tego. Za wszelką cenę staram się zwrócić na siebie uwagę.

Nasze nowe władze wzywają do umiaru, powściągliwości, moralności, a ty żartujesz z nich, chyba najostrzej w tej chwili. Nie boisz się, że władza do ciebie zapuka i poprosi, żeby jednak nie dworować sobie z prezydenta, z premiera?
– Nie wierzę, że to się może w ogóle stać, myślę, że jakakolwiek próba pozwania nas do sądu...

Nie do sądu, to może być taka prośba.
– Nie wierzę. Bardziej wierzę w to, że może ktoś nas opluwać, chcieć wytoczyć proces. Nie mam uczucia, że wzrasta jakieś ciśnienie. Myślę, że można nauczyć ludzi poczucia humoru. Zresztą nikt do tej pory na mnie nie naciskał, żebym wyhamował. Może „oni” na razie zajęci są sobą i tym, żeby w ogóle dojść do jakiegoś ładu, i nie przejmują się takimi ludźmi jak ja? To zainteresowanie może przyjść za rok, za dwa lata, jak już się usadowią i wszystko będzie OK, porozdzielają stołki, to wtedy może zwrócą uwagę, że jest jakiś trefniś.

Trefniś rozmiesza czy robi też coś więcej?
– Nic więcej. Nawet jeżeli jest inaczej, to wolę, żeby to ktoś o mnie powiedział: a ten pan jest satyrykiem i on próbuje syntezą, skrótem pokazać jakieś większe rzeczy. Sam mam poczucie wygłupu i powiem szczerze, choć może tym kręcę na siebie stryczek, mam takie wrażenie, że liceum się jeszcze nie skończyło. Czasami myślę o sobie: jaki ze mnie świr? Mam 38 lat, dwójkę dzieci – nie można tak o mnie mówić. Ale gdzieś w głębi duszy myślę sobie: oczywiście, wygłupiam się.

Potrafisz też milczeć?
– To najtrudniejsza rzecz w moim życiu, a o to często prosi mnie moja żona. Udaje mi się milczeć w nocy, chociaż podobno nawet wtedy mówię przez sen, więc tę nadwyżkę słów, których nie zdążę wypowiedzieć w ciągu dnia, wyrzucam w nocy.

Wytrzymałbyś przed kamerą dwie minuty, tylko patrząc na nią i nic nie mówiąc?
– Mam z tym duży problem, bo dla mnie, może to jest jakiś rodzaj neurozy, cisza jest jakimś znakiem końca, musiałbym prozac łykać, gdyby było cicho.

Cisza jest straszna?
– Jest straszna.

A byłeś z tym u lekarza?
– Nawet kiedyś rozmawiałem na ten temat z lekarzem, bo nie ukrywam, że mając 19, 20 lat i różne jazdy, byłem u kilku, mama mnie do nich prowadziła, bo bała się, co ze mną będzie. Miałem pewnie jakiś rodzaj ADHD. Jeśli chodzi o to bezustanne mówienie, to ktoś może powiedzieć, że zagłuszam tym jakieś swoje lęki, ale masażysta powiedział mi ostatnio, że nie mam „napięcia na górze”, co oznacza, że wyrzucam tym gadaniem emocje.


Spotykasz czasami swoich kolegów z dzieciństwa? Pytam, bo jestem ciekaw, czy masz wrażenie, że oni są starcami, a ty nadal jesteś chłopakiem z liceum.
– Spotykam ich i widzę, że dźwigają na głowie jakieś firmy, mówią bardzo konkretnie, po prostu ogarniają coś, tak na chłodno, odbierają konkretne telefony, nie mają rozbieganego wzroku, pobudzonych odruchów.

Niedojrzałość jest wartością?
– Tak, wierzę, że Piotrusia Pana każdy powinien w sobie pielęgnować. Może nie do przesady, żeby się nie zinfantylizować, ale trochę tak. A ludzie gdzieś to gubią po drodze. Spotykasz faceta, który kiedyś miał ogień w oku, jeździł z tobą do lasu albo byłeś z nim w harcerstwie, na koncercie punkowym, miał stojące włosy i chciał pojechać do Ameryki Południowej, zostać bardem, pisać piosenki, i nagle spotykam zmęczonego faceta, który ma wygasłe oczy i niby coś osiągnął, a ja po prostu widzę w nim ból. Zgaśli. Mnie ludzie podejrzewają, że zażywam narkotyki przed programem, komentują w Internecie: „znowu się tam coś nawciągał”. A ja po prostu mam taką energię.

Może powinieneś po każdym programie robić sobie kontrolę antydopingową i wynik wywieszać w Internecie? Taki test Piotrusia Pana.
– W Polsce ilekroć zaczynasz udowadniać, że czegoś nie ma, to natychmiast wszyscy wiedzą, że jest. Często w programie dotykam nosa, mam taki zwyczaj, więc...

No tak, kokaina...
– Więc od razu myślą, że dlatego właśnie jestem pobudzony. A ja po programie przychodzę do domu i nie jestem w stanie zasnąć do czwartej, chodzę po mieszkaniu, mam taką adrenalinę, że jak jej nie wychodzę, nie wytracę gdzieś po drodze, to po prostu w ogóle nie zasnę.

Nie masz wrażenia, że coś tracisz, że tracisz taką szansę bycia poważnym dorosłym? Z tym też wiążą się jakieś przyjemności.
– To nie jest tak. Zdziwiłbyś się, ale na przykład wszystkie opłaty w naszym domu robię ja, hulam w Internecie, załatwiam różne sprawy, chodzę do banku, załatwiam różne rzeczy na poczcie. Potrafię te wszystkie rzeczy zrobić i naprawdę mam wtedy zatroskaną dorosłą twarz, a gdybyś mnie zobaczył, jak siedzę przed komputerem i dokonuję przelewu, to zobaczyłbyś, że wtedy nie biegam, nie krzyczę, tylko siedzę i mam skupione oczy, żeby ten przelew poszedł tam, gdzie trzeba.

To jestem podbudowany.
– Na przykład chodzę na zebrania do szkoły. Odbieram charakterystykę syna i potem z nim odbywam rozmowę pod tytułem „A może byśmy coś zmienili?”. Oczywiście wiem, że życie moich dzieci jest specyficzne, bo to jest życie syna, córki showmana, czyli człowieka, który się wygłupia. I oni prawdopodobnie z tego korzystają i ja jestem ojciec kumpel. Więc mam trudność, kiedy nagle muszę powiedzieć: Antek, dobra, teraz kończymy zabawę, już zejdź ze mnie, już nie będziemy udawali Zorro, tylko po prostu pójdź robić lekcje. A on ciągle myśli, że zabawa trwa.

Na takich wywiadówkach inni rodzice chcą, żebyś ich rozśmieszył, czy po prostu jesteś jednym z nich?
– Czasami wysyłają mnie, żebym „zmiękczył” zbyt surową wychowawczynię, ale też jestem organizatorem wycieczek szkolnych. Jestem trochę taki anarchoharcerz, bo łyknąłem i bycie punkiem, i bycie harcerzem. Jakoś we mnie te dwie postawy są naraz, nagle potrafię otworzyć scyzoryk, zorganizować wycieczkę, kulig, a jednocześnie jak mi odpala, to potrafię zburzyć jakiś porządek, odezwać się tak, że niektórzy będą niezadowoleni.

Co będzie z tobą dalej?
– Chciałbym, żeby to trwało, natomiast zdaję sobie sprawę, patrząc na przykład kariery Adama Małysza, że nie zawsze skacze się 208 metrów, czasami 95. Moja „kariera” przebiegała sinusoidalnie. Każdemu się wydaje, że nie ma kariery poza telewizją. A tymczasem można mieć satysfakcję w radiu, gdzie przez paręnaście lat robiłem „Spontony”, napisałem ileś felietonów. Nawet kiedy prowadzę imprezę jako konferansjer, to czuję radochę. Z drugiej strony wiem, że bywa różnie i że czasami trafia się strefa cienia, ale i przez to będę potrafił przejść.

Masz oszczędności, które pozwolą przetrwać strefę cienia?
– Nie, jeszcze nie.

Hodujesz w sobie ambicję, żeby za parę lat być głównym rozśmieszaczem?
– Będą próbował nie wpaść w taką ambicjonalną pułapkę. Widzę różnych panów, którzy kiedyś byli śmieszni, a teraz stają się nagle strasznie poważni, popierają partie, sami kandydują. Nie chciałbym wpaść w taką pułapkę. Wiem, że z wiekiem człowiek się zmienia, że nagle wydaje ci się, że widzisz coś więcej itd.

Droga zawodowa kilku polskich satyryków biegła od satyry, rozśmieszania do próby bycia sumieniem narodu.
– Bardzo bym się tego wystrzegał.

Humor w Polsce często taką rolę odgrywał.
– Myślisz, że za 15 lat nagle zobaczysz mnie, jak stoję z jakimś kandydatem jakiejś kolejnej partii – Radość i Niegodziwość albo Smutek i Depresja – i będę za nim agitował? Od polityki jak najdalej! Można się z niej tylko śmiać.

Czy to nie jest jednak tak, że śmiejąc się z konkretnych polityków, masz wpływ na to, jak są postrzegani, a to nie jest bez wpływu na politykę?
– Nie jest, ale też gdyby mój program zaczął się, gdy rządziła lewica, to z nich śmiałbym się tak samo.

Nie mówię, że tych popierasz, a innych nie, tylko że tak czy inaczej masz wpływ na ich kariery. Załóżmy, że twój program będzie przez cztery lata, nowa władza też przetrwa cztery lata i ty, śmiejąc się z niej, będziesz miał wpływ na wynik przyszłych wyborów.
– Zaczęliśmy program, kiedy PiS wygrało wybory, i być może ktoś pomyśli, że ja może za pieniądze Leszka Millera wyśmiewam nową władzę, robię ten program. I nagle, jak ktoś nowy nastanie za cztery lata, a mam wrażenie, że to będzie Olejniczak z SLD, to usłyszę, że jestem jego bratem.

Myślałem raczej o takiej świadomości, że pomożesz Polakom dokonać wyboru przy urnach wyborczych.
– Myślisz, że tak może być?

Tego ci życzę: żeby wpisali do ordynacji wyborczej, że na cztery tygodnie przed głosowaniem program Szymona Majewskiego nie może być emitowany, bo to zakłóci wynik wyborów.
– To wtedy prawdopodobnie będę musiał mieć ochronę. Także przed samym sobą i swoją pychą.

rozmawiał Piotr Najsztub

"Przekrój" 5/2006

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Edipresse Polska S.A. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Brak opinii.