Strona główna > Ludzie > Rozmowy Przekroju > Radwańska: Odpocznę po trzydziestce
23.07.2008
Radwańska: Odpocznę po trzydziestce

rozmawiał Piotr Najsztub

Dla Agnieszki Radwańskiej, życie to walka – o pozycję w tenisowym rankingu, o nagrody, teraz także o medal olimpijski. – A co, mam siedzieć na trzepaku i palić papierosy? – pyta Piotra Najsztuba

Rozmowa odbyła się 16 lipca 2008 roku w Krakowie

Po co właściwie jedzie pani na olimpiadę? Przecież dla wielu zawodniczek z czołówki rankingu WTA olimpiada nie stanowi wielkiego wyzwania.
– Ale medal olimpijski też jest bardzo ważny.

W tenisie jakby mniej.
– Na pewno mniej niż tytuł zwycięzcy turnieju Wielkiego Szlema albo jest na tym samym poziomie ważności. Ale chciałam być olimpijką, więc skoro mam okazję, to jadę.

Wie pani, ile zawodniczek z czołówki nie pojedzie?
– Oficjalnie jeszcze nie. Wiem, że jadą cztery Rosjanki, cztery Francuzki, a nie kilkanaście, jak to zawsze bywa.

Pytam o olimpiadę, bo jak jeździ pani na turnieje Wielkiego Szlema, to właściwie nie jest tam reprezentantką Polski, bo to „odnarodowiony” sport. Olimpiada to coś innego. Gdy się wygrywa, to oprócz medalu jest hymn.
– Na turniejach nie ma hymnów, ale gdyby pan zapytał którąkolwiek zawodniczkę, kto jest z Polski, odpowiedziałyby, że Radwańska. W tenisie też się patrzy, z jakiego kto jest kraju, tym bardziej że Polska nie jest sportową potęgą.

Rozmawiałem z Kubicą, a wasze sporty są podobnie mało narodowe. Kubica na pytanie, czy bardziej czuje się Polakiem, czy kierowcą, odpowiedział mi: kierowcą. A pani bardziej czuje się tenisistką czy...
– Trudno mi to określić. Kiedy gramy, każdy zna nasze nazwisko, bo to nie jest sport zespołowy jak siatkówka, gdzie mówi się „polska drużyna” i nie wymienia nazwisk siatkarek. W moim przypadku bardziej się gra „na Polskę”, ale i  „dla Polski”, zwłaszcza kiedy się jest – tak jak ja – jedyną Polką w czołówce.

Czyli jedzie pani do Pekinu nie tylko po to, żeby grać w tenisa z najlepszymi, ale też żeby reprezentować Polskę?
– Oczywiście, przecież wyjdę na rozpoczęcie w sukience z orzełkiem.

Wzrusza to panią?
– Bardziej niż się wzruszać, wolę zagrać najlepiej, jak potrafię, a rozpoczęcia, za-kończenia, ceremonie są trochę niżej w kategorii emocji, emocjonuje najlepszy wynik. Fajnie jest być na ceremonii finałowej, ale w tym sporcie finał jest prawdziwą ceremonią, moment, w którym są już tylko dwie zawodniczki i walczą ze sobą.

Kiedy sobie pomyślę, że byłbym na pani miejscu, czyli w wieku 19 lat miał za sobą 14 lat gry od rana do wieczora w tenisa i właściwie niewiele robiłbym rzeczy, które robią moi rówieśnicy, to zastanawiałbym się, czy nie jestem jakoś okaleczony.
– Myśli pan, że zamieniłabym się z kimś na życia czy bardziej ktoś ze mną? Bo ja myślę, że raczej ktoś. A przecież wiadomo, że coś za coś, że sport zawodowy wymaga poświęcenia i tutaj nie ma nic na pstryk!, na raz.

A zazdrości pani czegoś z życia swoim rówieśniczkom?
– Fajnie jest mieć trochę wolnego czasu, ja tego nie mam, ale jestem już tak do tego przyzwyczajona, więc nawet nie wiem, co mogłabym robić, gdybym miała taką chwilę. Od dziecka mam tak napięty kalendarz, że czasem jem obiad pięć minut przed treningiem.

Ma pani czas na to, żeby się z kimkolwiek zaprzyjaźnić?

– Żyję w świecie tenisowym, a tam też są przyjaźnie, bo od stycznia do października tydzień w tydzień spotykamy się w tej samej grupie dziewczyn. Trudno się wtedy z kimś nie zaprzyjaźnić.

Ale po meczach idziecie spać i...

– Nie do końca. Zawsze są jakieś wypady wieczorne, luźne kolacje, na każdym tur-nieju jest play party.

Panią to jakoś obchodzi, że wielu ludzi, poważnych i mniej poważnych, mówi o pani jako wielkiej nadziei polskiego tenisa, że może pani dokonać przełomu w tym sporcie?
– Już dokonałam pewnego przełomu. Nawet po turnieju juniorskim, gdzie wygrałam Wielkiego Szlema, był pewien boom w polskim tenisie. Wiadomo, że od 10. zawodniczki na świecie każdy czegoś oczekuje. Staram się jednak o tym nie myśleć, bo byłaby to większa presja.

Rozmawiamy w Krakowie, siedząc na rozpadających się i zarwanych trybunach klubu Nadwiślan, którego odrapany budynek gości nieco obskurną spelunkę, całość jest raczej przygnębiająca. Kiedy nie ma turniejów, pani tu trenuje. Co by powiedziały pani koleżanki z pierwszej trzydziestki, gdyby pani je tu przyprowadziła?
– Ha, ha!

Ja byłem wstrząśnięty, gdy tu wszedłem.
– Na pewno bardzo by się zdziwiły.

Moim zdaniem by tu nie weszły.
– Nie, dla mnie by weszły, ale na pewno byłyby w szoku i przez pięć minut musiały-by dojść do siebie, że gram na takim czymś, w takim miejscu. Ale nie miałam innego wyjścia, tutaj kończyłam szkołę, w tamtym roku zdałam maturę – nie mogłam wyjeż-dżać, trenować, gdzie chciałam. To są nie najlepsze warunki, ale jednak korty wszędzie są takie same, takie same siatki, linie, choć nie mam tu jakichś wykwint-nych siłowni czy czegokolwiek podobnego.

Ma pani za to paru pijaczków około-tenisowych, którzy piwo popijają w restauracji Pod Wawelem.
– Niech sobie piją.

Pani ojciec jest także trenerem, menedżerem, siłą napędową. Wojciech Fibak namawiał panią, żeby pani to zmieniła i poszła do amerykańskiej akademii tenisa. Myśli pani, że już do końca wytrwa z ojcem?
– Nie wiem, co będzie za parę lat, ile będzie trwała moja kariera.

Może by się pani zbuntowała przeciwko ojcu jak normalna nastolatka?
– Nie mam i nigdy nie miałam takiej potrzeby. Tutaj nam się dobrze trenuje. Raczej nie mogłabym mieszkać nigdzie indziej. Staramy się żyć jak normalni ludzie i chociaż trochę w domu, u siebie.

A co pani robi u siebie?
– Na tyle rzadko jestem w domu, że czasem nawet nie pamiętam, jak wygląda mój pokój. A jak już tam jestem, lubię położyć się na kanapie i poprzerzucać kanały w telewizji. To jest coś fajnego.

Czemu pani zrobiła sobie roczną bumelkę od nauki?

– Jest bardzo mało zawodniczek, które skończyły szkołę, można je wyliczyć na palcach obu rąk. To, że ja akurat zdałam maturę, chociaż nie wiem jak, graniczy z cudem.

Ile lat może potrwać pani kariera?
– Mam nadzieję, że jeszcze z 10 lat, do 30. roku życia. Są też jednak zawodniczki, które mają 34, 36 lat i grają, więc nie ma żadnej reguły.

Rok temu mówiła pani, że chce być w pierwszej dziesiątce. Udało się. A co teraz pani mówi?
– Marzeniem każdego zawodnika jest być numerem jeden. Wiadomo jednak, że teraz mam kilkaset punktów do każdej zawodniczki, a do pierwszej kilka tysięcy, więc jest już naprawdę ciężko się przesunąć, nawet o jedno miejsce.

Oprócz treningów może pani zrobić coś jeszcze, żeby być pierwszą?
– Raczej nie.

Modlitwa?
– Raczej nie, to jest ciężka praca, wysiłek i poświęcenie – zawodowy sport.

Płacze pani czasem z wściekłości, z bezsilności?
– Nie.
1 2

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Edipresse Polska S.A. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Ja całe życie miałem luz.Bawiłem się z rówieśnikami na podwórku.Broiłem jak każde normalne dziecko.Nikt mi niczego nie narzucał i nie pchał na siłę w żadną z życiowych dróg,a mimo...

- Wiem
2008.07.30 19:26

Panno Agnieszko, cieszę się bardzo, że zna Pani własną wartość jako kobiety, człowieka, sportowca, mistrzyni i potrafi Pani to zwerbalizować. Jestem pełna podziwu. A do tego ładnie Pani...

2008.07.24 15:00

Zawsze podziwiałam sportowców za ich upór i determinację. Agnieszkę lubię i dobrze jej życzę, jednak po przeczytaniu artykułu mam mieszane uczucia. Młody człowiek myślący, że tylko...

Agnieszka z tego wywiadu wyłania się jako mądra, dojrzała dziewczyna. Nie zgrywa sie, nie poddaje sie głupim modom. Panu Najsztubowi nie udaje sie jej sprowokować, choć bardzo się stara....

- Mariusz W
2008.07.24 11:07

Jestem pod wrażeniem dojrzalości i dystansu to rzadkość u osób, które osiągja takie sukcesy. Mam nadzieję, że spełnią się Twoje marzenia i osiągniesz to czego pragniesz. Jeszcze raz...

Wszystkie