Strona główna > Ludzie > Sylwetki > Besson zawodowiec
7.08.2008
Besson zawodowiec

Ola Salwa

Zamiast wyjeżdżać do Ameryki, by kręcić tam komercyjne hity, chce sprowadzić Amerykanów do studiów filmowych w Europie. Luc Besson stał się grubą rybą biznesu filmowego

20-letni Francuz błąka się po korytarzach Universal Studios i zerka, czy ruszyła już praca na planie komedii „Naga bomba”. Do Los Angeles przyleciał na wakacje i od razu ruszył do Hollywood, by podpatrzeć, jak robią filmy w Ameryce. To go kręci. Całkiem niedawno skończył pracę jako asystent produkcji we Francji. Wierzy, że  „w Hollywood praca na planie jest przyjemną zabawą. W Paryżu polega ona na pompowaniu ego i jest strasznie pretensjonalna”. Jest rok 1979, a chłopak nazywa się Luc Besson i chce kręcić filmy francuskie, tyle że w amerykańskim, lekkim stylu. Przez ponad dwie dekady będzie to robić jako reżyser („Piąty element”, „Leon zawodowiec”, „Nikita”), scenarzysta (serie „Taxi”, i „Transporter” lub „Uprowadzona” – w naszych kinach od 15 sierpnia) oraz producent („Nie mów nikomu”, „Być jak Stanley Kubrick”). Francuscy dziennikarze go nie znoszą, bo dla nich Besson, sprowadzając nad Sekwanę hollywoodzkie metody, niszczy lokalne tradycje. – Chodzi o pewną manierę opowiadania historii, wykorzystywania języka filmowego i technik marketingowych, które pochodzą właśnie z USA. Pojawia się ona na całym świecie i ma destrukcyjny wpływ na produkcję. Luc Besson jest głównym reprezentantem takiej globalizacji we Francji – wyjaśnia „Przekrojowi” racje krytyków Jean-Michel Frodon, redaktor naczelny prestiżowego pisma filmowego „Cahiers du cinema”.

Amerykańska prasa dokładnie za to samo Bessona uwielbia i nazywa go „francuskim Spielbergiem”. To prawda – jemu samemu jest dziś bliżej do hollywoodzkich potentatów pokroju Lucasa czy Spielberga właśnie i nawet w jego płynnej angielszczyźnie ścierają się dwa akcenty: francuski i kalifornijski. Besson reżyseruje coraz mniej, a w rozmowie z  „Przekrojem” przekornie mówi: – Jest tylu reżyserów, że mojego braku nikt nie zauważy.
Pełną parą rozwija za to działalność biznesową. Począwszy od  „Joanny D’Arc”, wszystkie jego filmy powstają pod szyldem EuropaCorp, firmy, którą założył w 1999 z Pierre’em‑Ange Le Pogamem. EuropaCorp Distribution, jeden z oddziałów przedsiębiorstwa, rozpowszechnia amerykańskie hity we Francji (na przykład „Hitman”) oraz francuskie na całym świecie (zeszłoroczne zyski z ich sprzedaży to 20 milionów euro!). W czerwcu Besson i Le Pogam polecieli do Los Angeles negocjować kolejne kontrakty. Besson mówi dziennikarce „Le Figaro”, że odkąd EuropaCorp weszła na giełdę, a  „Hitman” dużo zarobił, stał się w Hollywood bardziej wiarygodnym i mile widzianym partnerem w interesach. Te największe są dopiero przed nim i niewykluczone, że podróże do Los Angeles mają pod nie przygotować grunt.

Hollywood nad Sekwaną
W połowie lutego Besson zaprosił dziennikarzy do opuszczonych budynków fabrycznych w podparyskiej miejscowości Saint-Denis, aby pokazać im makietę miasteczka filmowego Cité du Cinéma, które ma tam powstać w ciągu dwóch lat. Z entuzjazmem opowiadał, gdzie staną hale produkcyjne, gdzie garderoby aktorów, a gdzie umieści własne biuro, bo planuje, że 40 procent filmów produkowanych w podparyskim Hollywood będą stanowiły projekty EuropaCorp. Do dziś wspomina z irytacją, że swój „Piąty element” musiał kręcić w brytyjskim studiu Pinewood, bo Francja nie była logistycznie przygotowana na takie przedsięwzięcia. Od 2010 roku już będzie. Miasteczko filmowe zajmie 6,5 hektara, a jego budowa pochłonie 130 milionów euro. Inwestycja szybko się zwróci, bo Besson chce ściągnąć do Cité du Cinéma amerykańskich filmowców, którzy co roku wydają w Europie 400–500 milionów dolarów na produkcję swoich filmów. Czy mu się powiedzie? Obserwatorzy studzą ten entuzjazm. Frodon: – Studia filmowe w Europie Wschodniej są atrakcyjniejsze finansowo. Gdyby Amerykanie chcieli płacić drożej za produkcję swoich filmów, zostaliby u siebie. Cité du Cinéma będzie raczej bazą dla wysokobudżetowych produkcji europejskich. Oczywiście najpierw trzeba to miasteczko zbudować – dodaje złośliwie. Pesymistycznie nastawiona do pomysłu jest też Lisa Nesselson, amerykańska krytyk filmowa mieszkająca od lat w Paryżu. Do argumentów Frodona dorzuca ten: – Francuskie związki zawodowe nigdy nie szły na ustępstwa, by przyciągnąć zleceniodawców.

Z miasteczka mają korzystać także początkujący filmowcy, których Besson wspiera od lat, zresztą niebezinteresownie – ktoś w końcu musi reżyserować koszmarne scenariusze jego autorstwa w rodzaju „Człowiek pies” czy „Trzynasta dzielnica”. A gdy ten najważniejszy projekt – stworzenie francuskiego Hollywood – czeka na realizację, Besson inwestuje w rozwój i pozycję rynkową EuropaCorp.

Fabryka produktów filmowych
W marcu przejął firmę Roissy Films, do której należy katalog 500 filmów, w tym klasyki Godarda, Felliniego, Renoira. Co ciekawe, w umowie znalazł się zapis, że EuropaCorp ma prawo do robienia sequeli, prequeli oraz remake’ów tytułów Roissy Films. Wyobrażacie sobie kontynuację „Przygody” w stylu „Taxi”? Albo nowe „Słodkie życie” à la nowoczesna komedia romantyczna? Na razie nie musicie, bo Besson najpierw zamierza udostępnić klasyki kina w ramach usługi VOD (wideo na żądanie). Za to raczej nie pojawią się one w ramówce EuropaCorp TV, mobilnego kanału telewizyjnego, który od przyszłego roku Francuzi znajdą w swoich komórkach. Stacja ma nadawać programy związane z kinem, eksperymentować z nowymi środkami wyrazu i promować młode talenty. Oraz najbliższe premiery EuropaCorp, wśród których znajdziemy i błahostki typu „Transporter 3”, i filmy z międzynarodową obsadą, i kino niezależne. – Mamy tylko jedną zasadę: produkujemy filmy, które nam się podobają – tłumaczy nam politykę firmy Besson. – Dziś mam ochotę obejrzeć coś Kubricka, a jutro Disneya. Nie sugeruję się gatunkiem filmu ani nazwiskiem reżysera. Produkuję zarówno „Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady” Tommy’ego Lee Jonesa, jak i  „Dikkenek” nieznanego Belga Oliviera Van Hoofstadta.
Zróżnicowana jest nie tylko działalność i oferta EuropaCorp oraz jej ocena. Frodon uważa firmę za fabrykę produktów filmowych, która nie wzbogaca ani nie urozmaica francuskiego kina. Nesselson podziwia Bessona-, bo odważył się prowadzić firmę w kraju, gdzie płaci się tak wysokie podatki. Czy najbardziej amerykański francuski filmowiec zostanie potentatem w swojej branży? Nawet jeśli mu się nie uda, ma gotowy scenariusz awaryjny: może pisać książki dla dzieci (z cyklu „Artur i Minimki”), wydawać komiksy. Albo przenieść się na stałe do Los Angeles. Na razie jednak czeka, by to Los Angeles przyjechało do niego.
Ola Salwa

„Przekrój”, nr 32-33/2008

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Edipresse Polska S.A. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Brak opinii.