|
Prezydent niektórych Gruzinów
Rafał Kostrzyński Micheil Saakaszwili miał być przywódcą idealnym. Miał zjednoczyć Gruzję i wyrwać ją z objęć Rosji. Może i chciał dobrze, ale mu się nie udało
Koleje losu Gruzji poruszają się po dość ciasnym okręgu. Gdy w 1991 roku odzyskała niepodległość po rozpadzie Związku Radzieckiego, na jej czele stanął Zwiad Gamsachurdia – znakomicie wykształcony tłumacz, poeta, dysydent, demokrata, obrońca praw człowieka. Gruzini wybrali go z miłości. Po pół roku stracił władzę jako nieuleczalny nacjonalista i miłujący wojnę pieniacz. Jego miejsce zajął Eduard Szewardnadze – weteran sceny politycznej jeszcze z czasów sowieckich. Jego też kochał lud, bo obiecał walkę z biedą, zacofaniem i korupcją. Wkrótce jednak stał się symbolem ich utrwalania. Gdy w listopadzie 2003 roku żegnał się z władzą, przed jego siedzibą w Tbilisi stutysięczny tłum szalał z radości. A na czele tego tłumu stał Micheil Saakaszwili – nowa miłość Gruzinów. Równie światowy jak Gamsachurdia i jak Szewardnadze, tak samo postępowy jak oni i tak samo zdecydowany na wyciągnięcie Gruzji z zapaści. Dziś kroczy tą samą drogą co jego poprzednicy. Drogą ku zagładzie.
Wybrany za młodu W styczniu 2004 roku Saakaszwili został prezydentem. Cieszyli się nie tylko rodacy, ale również Zachód, bo Gruzja doczekała się polityka, który nie tylko był młody i energiczny (miał wtedy 36 lat, był najmłodszym przywódcą w Europie), ale także otwarcie deklarował, że jego celem jest członkostwo w NATO i UE. W mediach zaroiło się od życiorysów, które wspominały o jego wykształceniu zdobytym w USA i we Francji, o tym, że jest poliglotą (mówi czterema językami, jeśli nie liczyć ojczystego), zna się na zagadnieniach praw człowieka i – przede wszystkim – jest gorącym zwolennikiem demokracji i gospodarki rynkowej. Szyku dodawała mu także holenderska żona Sandra E. Roelofs, którą poznał we Francji, też jest specjalistką w dziedzinie praw człowieka. Mają dwóch chłopców. Jeden nazywa się Nikoloz – to pewnie po dziadku Saakaszwilim, który leczy wodami mineralnymi, a drugi – Eduard, niewykluczone, że na cześć poprzedniego prezydenta. No i najważniejsze: Saakaszwili miał na Zachodzie wielu przyjaciół. Nie tylko wśród koszykarzy New York Knicks, na których mecze regularnie chodził, ale także w Białym Domu. Zdjęcie z George’em W. Bushem, z dedykacją, wisi u niego w gabinecie. Słowem: Zachód był pewny, że wybierając Saakaszwilego-, Gruzini wkroczyli w XXI wiek. Z racji swojego strategicznego położenia i licznych mniejszości narodowych Gruzja zawsze była krajem trudnym do rządzenia. Gamsachurdia i Szewardnadze postarali się, by była jeszcze trudniejsza. Saakaszwili dostał po nich w spadku nie tylko korupcję i ledwo zipiącą gospodarkę, ale przede wszystkim państwo, któremu groził rozpad. Nacjonalizm obu poprzedników doprowadził do całkowitej utraty „serc i umysłów” mieszkańców Osetii Południowej i Abchazji. Ze zbuntowaną Adżarią Saakaszwili sobie jakoś poradził. Z Abchazami i Osetyjczykami – nie, bo w konflikt już otwarcie zaangażowali się Władimir Putin i Dmitrij Miedwiediew, którzy postanowili, że w grze o oderwanie zbuntowanych regionów od Gruzji posłużą się tą samą kartą, którą Zachód wygrał oderwanie Kosowa od Serbii. Mieli ważny powód, by tak grać: nie lubili Saakaszwilego-, bo bliżej mu było do Waszyngtonu niż do Moskwy. Takie pomieszanie geografii jest na Kremlu traktowane jako zdrada. Zdrady Kreml nie wybacza. Zachwyt i krytyka Dwa lata temu do dziennikarzy trafił dokument zatytułowany: „Micheil- Saakaszwili: Analiza psychologiczna”. Klasyczne opowieści dziwnej treści o rodowodzie pewnie takim samym jak słynne „Protokoły mędrców Syjonu” – czyli spreparowane przez Moskwę. Diagnoza, jaką postawił Saakaszwilemu nieznany ekspert, zwala z nóg: prezydent nie tylko ma problemy emocjonalne związane z dorastaniem w rozbitej rodzinie i jest nadpobudliwy, ale też w stresie traci głowę. I jest nieznośnym narcyzem. Być może to dossier rosyjska propaganda wyssała sobie z palca, ale z tym traceniem głowy bynajmniej nie przesadziła-. Zdezorientowany Saakaszwili potrafi nawet bezwiednie żuć swój krawat. Prezydent wcale nie wszedł na drogę ku zagładzie 8 sierpnia, gdy zagłuszył otwarcie igrzysk w Pekinie hukiem armat wycelowanych w Cchinwali, stolicę Osetii Południowej. Wszedł na nią znacznie wcześniej. Jeśli chodzi o gospodarkę, pierwsze lata jego rządów nie mogły być lepsze. Jeszcze w 2006 roku Bank Światowy uznał Gruzję za najszybciej reformowane państwo na świecie. Ale obywatelom się nie poprawiało. Korupcja, choć mniejsza, i tak była dokuczliwa, z respektowaniem prawa nie było wcale lepiej. Z biegiem czasu organizacje praw człowieka zaczęły krytykować Saakaszwilego: za brak wolności słowa, za opieszałe śledztwa w sprawie tajemniczych morderstw-, za obniżenie do 12 lat wieku odpowiedzialności za niektóre przestępstwa, za brak gwarancji uczciwego procesu. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2008.09.09 12:41
znamy-kto nie wie,niech zgaduje; - rjk
2008.09.04 14:20
Ciekawe czy autor byl w Gruzji i czy rozmawial na ulicy z wieloma Gruzinami? Bo ja wczoraj z Gruzji wrocilem, caly artykul jest mim zdaniem kiepski, zupelnie nieobiektywny, moze autor na sile... - witold repetowicz orion_75@poczta.onet.pl
najnowsze |
|