|
Cezar na emeryturze
Ola Salwa Projektując luźną marynarkę, zmienił myślenie o modzie i styl życia całego pokolenia. Oprócz swobody ruchów ludzie poczuli swobodę obyczajową. Czy odejście Giorgia Armaniego na emeryturę wyznaczy koniec pewnej epoki?
Oficjalnego komunikatu jeszcze nie było, więc dziennikarze wciąż pytają włoskiego projektanta o plany sukcesji, mając nadzieję, że jako pierwsi podadzą nazwisko następcy. Po śmierci Yves Saint Laurenta w 2008 roku i odejściu Valentina Garavaniego w 2009 roku 75-letni Giorgio Armani – może obok Karla Lagerfelda – jest ostatnim z wielkich europejskich projektantów, który wciąż pracuje.
W branży opierającej się na kulcie młodości, odkrywaniu i promowaniu świeżych nazwisk oraz zjawisk żwawy staruszek budzi naturalne i coraz większe zdumienie. Jednak włoski projektant, zamiast się tym przejmować, udziela wymijających odpowiedzi i zajmuje się wykańczaniem zaprojektowanych przez siebie apartamentów hotelu Armani, który otwiera już w marcu. I to nie byle gdzie, bo w najwyższym budynku świata, wieżowcu Burdż Chalifa w Dubaju. Wybrana przez Armaniego lokalizacja jest nieprzypadkowa. Stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich to chłonny rynek dóbr luksusowych i dynamicznie rozwijające się miasto, czyli idealne miejsce dla projektanta, którego główna strategia marketingowa polega na wzmacnianiu imperium generującego co roku kilka miliardów dochodu. Składa się na nie siedem różnych kolekcji ubrań i dodatków: od linii alta moda (włoskie haute- couture-) nazwanej Armani Prive, drogiego Armani Collezioni, przez Giorgio Armani i dostępne dla klasy średniej Emporio Armani, po Armani Jeans, Armani Junior i tanią linię A/X (oczywiście jeśli dla kogoś 200 złotych za T-shirt to tanio). Ale to nie koniec wyliczanki. Projektant chce w zgodzie z obowiązującymi na rynku trendami sprzedawać nie same ubrania, ale styl życia, dlatego w skład jego firmy wchodzą jeszcze: sieć sklepów z meblami (Armani Casa), restauracje, spa, kwiaciarnie, a nawet księgarnie. Już niedługo dojdą do tego apartamenty do wynajęcia w Marrakeszu, Mediolanie i Egipcie. Zapytany pół żartem, pół serio, w jakich czasach chciałby żyć i kim być, wskazał – już bez wykrętów i wahania – starożytny Rzym i pozycję cezara. Przy czym Armani doszedł na szczyt raczej w amerykańskim stylu: od pucybuta do milionera. Gdy w 1954 roku 20-letni Giorgio (dziś nazywany wyłącznie „Panem Armanim” lub „Królem Armanim”) wyszedł na przepustkę z wojska, nie sądził, że dekorowanie witryny domu handlowego La Rinascente będzie czymś więcej niż dorywczym zajęciem. Przemysł tekstylny składał się wtedy w dużej mierze z małych rodzinnych warsztatów i manufaktur. Giovanni Battista Giorgini dopiero trzy lata wcześniej zaczął organizować swoje wieczorne pokazy strojów we Florencji, na które zjeżdżali zagraniczni dziennikarze i kupcy z domów towarowych. Z czasem wieczory wydłużyły się do tygodni, czyli tak zwanych fashion weeks. Dziś są one oczywistym elementem przemysłu tekstylnego, ale w powojennych Włoszech były nowością i kołem zamachowym przemysłu narodowej mody. Dziecko neorealizmu „Gdy dorastałem, nikt nie uważał, że projektant ubrań to prawdziwy zawód, z którego można się utrzymać. Co innego lekarz lub prawnik” – wspomina Armani, który na przymusową służbę do wojska poszedł po drugim roku medycyny. Do studiów zmusili go rodzice, bo dla nich w czasach powojennych najbardziej liczyła się stabilizacja zawodowa i finansowa. W jednym z wywiadów projektant powiedział, że jego młodość wyglądała jak życie bohaterów neorealistycznych filmów De Siki czy wczesnego Viscontiego (który notabene jest jego ulubionym reżyserem). Czasy były szare i nieciekawe, mimo to Armani od dzieciństwa był blisko barwnego świata sztuki: jego dziadek Lodovico szył peruki, także na zlecenie teatru w Piacenzie (skąd pochodzi rodzina Armanich), i często zabierał wnuka za kulisy. Te doświadczenia zaprocentowały. Manekiny w La Rinascente odziane w fantazyjne azjatyckie i amerykańskie stroje przykuły uwagę kierownictwa i błękitnooki młodzieniec dostał posadę kupca w dziale mody tej firmy. To, co dla innych było zesłaniem do najmniej prestiżowego działu (prawdziwi eleganci wciąż mieli prywatnych krawców), dla przyszłego projektanta okazało się świetną szkołą. Armani poznał w niej zaplecze świata mody, zaczął też wyjeżdżać za granicę w poszukiwaniu ciekawych kolekcji oraz inspiracji. Odwiedził nie tylko Paryż czy Londyn, ale też dziesiątki włoskich manufaktur, w których poznał właściwości różnych materiałów. Dzięki tej wiedzy Armani po siedmiu latach pracy został zatrudniony na stanowisku projektanta przez Nina Ceruttiego („Zapytał, jakie tkaniny mi się podobają. Wybrałem te same co on, więc dał mi pracę”). A dekadę później – już pod własnym nazwiskiem – zmienił myślenie o modzie. Sojusznik bizneswoman Gdy w 1975 roku Armani wraz z Sergiem Galeottim, partnerem zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym, otwierał firmę, po europejskich ulicach snuli się ostatni hipisi, wielbiciele dzianiny Soni Rykiel oraz fani wczesnego punka spod znaku Vivienne West-wood i Malcolma McLarena. Powoli zbliżała się też epoka disco z błyszczącymi, sztucznymi tkaninami i Johnem Travoltą, który się w nich pocił, jakby trawiła go nie tylko gorączka sobotniej nocy. Z kolei moda z wyższej półki nadal była sztywna. Francuz Yves Saint Laurent jako jeden z niewielu wprowadzał mniej krępujące ruchy stroje i bardziej miękie materiały. W tym klimacie Armani zaprojektował tak zwaną luźną marynarkę. Różniła się ona od klasycznej krojem (obniżone klapy, przesunięte guziki), ale przede wszystkim technologią szycia: podszewka tylko na brzegu była zszyta z resztą materiału, a nie – jak bywało zazwyczaj – przyklejona na sztywno do całości. Znając właściwości tkanin, Armani tak wymyślił swoją marynarkę, że mimo nowej, podatnej na zagniecenia formy zachowała ona elegancję. Dziś to standard, ale w tamtych czasach podobny strój nosiło się tylko w weekendy lub wakacje na Riwierze Włoskiej. Codzienny szyk wciąż równał się sztywności ubrań i ruchów. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁunajnowszeKoniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Felietony, opinie, komentarze 26.07.2010Więcej rysunków Marka Raczkowskiego w „Przekroju” 30/2010Wymyślił i narysował Marek Raczkowski „Przekrój” 30/2010 W sprzedaży od wtorku, 27 lipca 2010 roku • Stenka wołałaby być... • Żuławski kocha... • Prawdę o Tu-154 poznają.... Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|