|
Wchodzą, żeby wyjść
Rafał Kostrzyński Obama ma pomysł na Afganistan. I to wcale nie taki beznadziejny
Jeśli w ogóle istnieje coś takiego, jak słuszna strategia wojny w Afganistanie, to Barack Obama jest chyba na dobrej drodze do jej znalezienia.
Nawet nie chodzi o to, że amerykański prezydent zgodził się na coś, za co osobiście przegryzłby aortę swojemu poprzednikowi – na zwiększenie liczby żołnierzy o 30 procent, czyli do stu tysięcy. Ważniejsze jest to, że przy okazji wreszcie przygotował plan działania i wysłał w świat szereg ważnych komunikatów. Dał jasno do zrozumienia, że w lipcu 2011 roku zacznie zwijać manatki, więc do tego czasu prezydent Afganistanu Hamid Karzaj musi wziąć się w garść i doprowadzić swój kraj do stanu używalności. To znaczy, że afgańska armia i policja muszą stać na własnych nogach – przynajmniej na tyle, żeby władza centralna wiedziała, że nie skończy na latarniach Kabulu. Amerykanie i cała reszta zaangażowana w ten konflikt muszą skutecznie osłabić al Kaidę i talibów. Skutecznie, czyli tak, żeby nie byli oni w stanie odbudować się po zakończeniu operacji Enduring Freedom. Do realizacji tego celu konieczna jest współpraca ze strony Pakistanu – co oznacza, że Chiny, Indie, Iran czy Rosja mogą na wiele lat zapomnieć o tym, że być może uda im się wkrótce zwiększyć polityczne wpływy w tym regionie. Łatwo być malkontentem, ale czasem warto się zdobyć na odrobinę optymizmu. Widziałem już wiele pomysłów na Afganistan – i ten najnowszy jest chyba pierwszym, który nie wydaje mi się od razu niedorzeczny. Jeśli Amerykanom we współpracy z NATO i afgańską armią uda się odciąć rebeliantów od mieszkańców i od zaopatrzenia z Pakistanu, to rebelia zacznie padać śmiercią naturalną. Jeśli podobnie uda się osłabić radykałów w Pakistanie, to wyżej wymieniona śmierć naturalna będzie miała charakter trwały. Jeśli za pomocą pieniędzy Amerykanie zaczną budować w Afganistanie lokalne ośrodki władzy lojalnej wobec Kabulu, to cały ten ład będzie miał szansę utrzymać się i rozwijać bez pomocy z zewnątrz. A jeśli zamiast budować studnie i szkoły (w których uczy się średnio tyle samo dzieci, co w studniach*), Zachód zacznie budować fabryki, to być może za kilkadziesiąt lat Afganistan będzie zupełnie normalnym krajem. Trochę to skomplikowane, ale od czegoś trzeba przecież zacząć. Rafał Kostrzyński „Przekrój” 49/2009 * – Bo z powodu braku środków liczba nauczycieli w szkołach zrównuje się z liczbą nauczycieli w studniach wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.najnowsze„Przekrój” 30/2010 W sprzedaży od wtorku, 27 lipca 2010 roku • Stenka wołałaby być... • Żuławski kocha... • Prawdę o Tu-154 poznają.... Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|